kaligrafia

Hobbicka poczta. Część 3 – znaczek.

Masz już list lub kartkę oraz własnoręcznie wykonaną kopertę, w którą go zapakujesz. Ale potrzebny jest znaczek. Czy da się coś zrobić bez wychodzenia z domu?

Przykłady znaczków narysowanych przez J.R.R. Tolkiena
Źródło: „Letters From Father Christmas: Centenary Edition”

Częściowo tak.  I nie będzie to już takie proste. Nie obejdzie się bez odrobiny nowoczesnej techniki, w tym dostępu do Internetu, ale za to w sprzyjających okolicznościach efekt może być powalający. Jeśli oczywiście odbiorca zwraca uwagę na subtelne szczegóły.

Podam Ci dwa sposoby, wybierz taki, który jest dla Ciebie lepszy.
Wybór należy do Ciebie, metoda pierwsza jest tańsza (o ile masz dostęp do drukarki), metoda druga o wiele ciekawsza i ładniejsza ale wymaga jednak niestety wizyty na poczcie.
Dodam, że z metody pierwszej korzystałem wiele razy, z drugiej nie, dlaczego dowiecie się później. Do roboty!
Ważna informacja: artykuł nie jest (niestety…) w żaden sposób sponsorowany przez Pocztę Polską :(. Czytaj dalej

Hobbicka poczta w czasach zarazy. Część 2 – koperta.

Frodo wyjmujący listy ze skrzynki w Bag End.
Fragment kadru z filmu „The.Hobbit. An Unexpected Journey”

I jak, list już gotowy?  Przepisany bez błędów, na czystym, niepogniecionym papierze? Wspaniale! To teraz potrzebna by była jakaś koperta.

Wiecie, że kopert używano kiedyś do wręczania… gotówki? Tak! Gotówką w czerwonych kopertach chiński cesarz honorował swoich urzędników już w II wieku p.n.e.  Jednak koperty jakie my znamy to dopiero wiek XIX, podobnie jak znaczki pocztowe.

Do tego czasu listy zwykle po prostu składano pismem do wewnątrz i na przykład pieczętowano. Nie znaczy to, że wcześniej nie zabezpieczano listów dodatkowym opakowaniem.  We francuskim dokumencie z 1671 roku możemy przeczytać, że „opakowanie («enveloppe») papierowe, na którym pisany jest adres listu to oznaka szacunku okazywanego w stosunku do zwierzchnika, do którego list jest kierowany”. Warto poczytać o historii kopert i poczty, jest niezmiernie ciekawa, a miłośnikom tej urokliwej choć powoli archaicznej formy korespondencji, serdecznie polecam film „Piekło pocztowe” z 2010 r. ekranizację książki Terry’ego Pratchetta pod tym samym tytułem.

Koperty obecnie są bardzo tanie, bardzo przyzwoita koperta formatu C6, w dosyć drogim sklepie w centrum miasta to koszt około 30-40 groszy. Czy warto się więc bawić, skoro jakby tego nie liczyć, prawdopodobnie wyjdzie drożej? Moim zdaniem tak.

      1. Ustaliliśmy, że skoro panuje zaraza, nie musimy niepotrzebnie iść do sklepu! Jeśli jesteś koronasceptykiem, wyobraź sobie, że panuje apokalipsa zombie a ofiarni listonosze mimo wszystko pracują dalej.
      2. Samodzielne zrobienie koperty jest proste i możesz ją zrobić z takiego papieru, jaki sobie wymarzysz. Na każdą okazję, dla siebie, dla dzieci do szkoły. Jest też na przykład doskonałą okazją do wspólnych, kreatywnych zajęć.
      3. Możesz tworzyć koperty bardzo spersonalizowane, unikalne. Mogą być nie mniej ciekawe, niż list w środku! Słyszałem nawet o kolekcjonerach takich kopert, to forma sztuki! Wiedziałeś, że jesteś nieodkrytym artystą?

A jakie są minusy? Trzeba usiąść i to zrobić. Trochę powycinać, męczyć z linijką, ołówkiem. Ciąć i kleić. Jeżeli minusy Was nie przerażają, do roboty. Czytaj dalej

Hobbicka poczta w czasach zarazy. Część 1 – list.

Lord of the Rings. Fragment pracy Dorothy Binder
Źródło: https://fineartamerica.com/featured/1-lord-of-the-rings-dorothy-binder.html

Morowe powietrze nad całą Ardą, siedzimy w domach, ograniczamy fizyczne kontakty, już tak mocno od lat ograniczone przez telefony, SMSy i komunikatory. A może by wrócić więc do pięknego zwyczaju wysyłania kartek i listów? I kto wie, może nie tylko na święta?

Ale jak mamy to zrobić? Mamy unikać kontaktów, zachować dystans! Mamy teraz chodzić po sklepach? Lecieć na pocztę? – oczywiście że nie, czas mamy kiepski, ale to nie znaczy, że nie damy rady!

Na początek więc – podstawy, niezbędne do wysłania Najprawdziwszego Fantastycznego Niepowtarzalnego Hobbickiego Listu (lub kartki…)! Czytajcie więc uważnie! Bardzo uważnie, zanotujecie i powieście nad biurkiem, żebyście nie zapomnieli, przyda się na przyszłość:

– pergamin, papirus, ewentualnie czerpany papier, – pióro gęsie, indycze, orle ewentualnie profesjonalny zestaw do kaligrafii, – dobrej klasy atrament, oczywiście „hand made”, – wytworne koperty z eleganckiego papieru, – pieczęć do laku lub wosku lub sygnet z wygrawerowanym waszym inicjałem lub herbem, – dobrej klasy lak lub wosk pieczętny wykonany zgodnie ze średniowiecznymi recepturami, dla większej elegancji z drobinkami złota, oczywiście czerwony, – ukończony kurs kaligrafii przynajmniej III stopnia, – znajomość języków elfickich w stopniu komunikatywnym orz umiejętność zapisu runami i tengwarem, Czytaj dalej

Coffret de Calligraphie

kuferek-kaligrafa1

Niedawno przeszukując Internet w poszukiwaniu jakiś ciekawych kałamarzy znalazłem na jednym z serwisów aukcyjnych zestaw do kaligrafii. Nawiasem mówiąc – opisany jako „kałamarz”. Zdjęcia były kiepskie, ja już dosyć dawno wyleczyłem się z kupna wszelkich „zestawów”. Sprzedawca nie bardzo potrafił coś na jego temat powiedzieć, oprócz tego, że był to nietrafiony prezent kupiony w Hiszpanii i nieużywany.


Nie mogłem w żaden sposób znaleźć informacji o tym pudełku. Ani na Ebay, ani na Amazonie, ani na francuskich czy włoskich aukcjach, ani w sklepach plastycznych. Na pewno nie był to antyk, raczej jakiś komplet dla początkujących z wyższej półki. Ale spodobało mi się samo pudełko i stwierdziłem, że zaryzykuję i mimo, że obiecywałem sobie, że „więcej nie kupię żadnych kaligraficznych gadżetów” – zalicytowałem.

Po paru dniach listonosz przyniósł paczkę. W środku było drewniane pudełko 30x19x6 cm z napisem Coffret de Calligraphie, zawierające pięć słoiczków z atramentami, 12 stalówek różnych typów, obsadkę oraz porcelanowe naczynie z czymś wyglądającym jak mała szczotka czy pędzel do golenia. Parę słów o poszczególnych elementach.

 

Czytaj dalej

Krótka rzecz o miłowaniu (historii języka polskiego…)

Wpis o budowie podświetlarki (podobnie jako o tabliczkach woskowych i innych rzeczach które obiecałem dawno temu) „się robi”, ale jakoś już tradycyjnie nie mogę go dokończyć. Za to dziś relacja na gorąco z krótkiego spotkania ze studentami z Koła Miłośników Historii Języka Polskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Przeglądając fejsbukowy śmietnik znalazłem takie oto zaproszenie na 25 listopada: „Jeśli chcesz zajrzeć w notatki średniowiecznego studenta i dowiedzieć się, czego i jak musiał się uczyć; jeśli chcesz przeczytać piosenki, które podśpiewywał od czasu do czasu; jeśli chcesz spróbować rozwiązać staropolską zagadkę i wziąć udział w losowaniu atrakcyjnych nagród – odwiedź nasze stoisko!”. Skoro ktoś tak zachęca, na obrazku widzę pióra i butelki z atramentem, a w dodatku droga powrotna do domu wiedzie tuż obok – grzechem byłoby nie skorzystać!

kolomhjp-prezentuje

Katarzyna Marcisz, Natalia Hemmerling, Aleksandra Napierała, Wojciech Stelmach na stoisku KMHJP
prezentują plansze z reprodukcjami staropolskich tekstów (podpisałem wg informacji jakie dostałem, jak kogoś pomyliłem to przepraszam!)

Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 5 – Uncjała, czyli o pożytkach płynących z wiedzy o żelazkach.

The Book of Kells, folio 106r, fragment strony

The Book of Kells, folio 106r, fragment strony.
Zobacz całość na stronach Trinity College

Po Bożym Narodzeniu, przeżywając jeszcze pierwszą pracę zaliczeniową mojego kaligraficznego przedszkola, zapisałem się na kolejny kurs. Tym razem tematem była uncjała scriptura uncialis, używana od IV do X wieku (lub jeśli liczyć uncjałę grecką to od III wieku). Niejako cofnąłem się więc w czasie (karolina jest późniejszym krojem), wracając do swojej pierwszej miłości, czyli „celtyckich literek”.
Zasadniczo celtyckie to raczej są ogamy, ale miłośnikom pomrocznych dziejów, celtofilom, folkowcom, fanom fantasy i innym dziwakom najbardziej znana jest właśnie iroszkocka, bardzo charakterystyczna odmiana uncjały, znana ze słynnej „The Book of Kells”. Zresztą – jak byliście w jakimś irlandzkim pubie albo mieliście w ręku płytę z muzyką celtycką czy choćby nawiązującą klimatem – to istnieje duża szansa, że widzieliście tę odmianę uncjały.
Do muzeum jechałem nastawiony co najmniej pozytywnie i mniej zestresowany niż za pierwszym razem. Mistrzyni była znana, stalówka też jakby bardziej przyjazna, papier jakiś taki mniej szorstki, ręce mniej drżące. Jednymi słowy – jechałem jako stary wyjadacz. Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Cześć 4 – In principio erat Verbum

stalowka-piernikNa zakończenie kursu karoliny mieliśmy wykonać pracę w postaci pięknie wykaligrafowanych życzeń lub innego bożonarodzeniowego tekstu. Same zajęcia już tak nie stresowały, wiedziałem czego się spodziewać. Dla odmiany przerażała mnie troszkę perspektywa pisania „na czysto” na czerpanym papierze.

Znam ten materiał, papier czerpany jest przepiękny, wnosi niepowtarzalny klimat, powiew historii i czegoś wyjątkowego. Jadnak przy całym swym uroku, którego nie ma nawet najdroższy papier do kaligrafii, pisanie po nim przypomina jazdę na łyżwach po papierze ściernym.

Jak zwykle Mistrzyni sprawdziła nasze arkusze z domowymi ćwiczeniami, a ja jak zwykle byłem podłamany.  Piony dalej nie zawsze były pionowe, tusz płynął sobie jak chciał a brzegi wielu literek były poszarpane. Powinienem chyba zająć się czymś prostszym. Z paszczy kaligraficznej depresji wyrwała mnie dopiero Mistrzyni, pytając, czy widzę różnicę między tym, co było na początku a tym, co jest teraz. Odebrałem to oczywiście jako pochwałę i zrobiło  się bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Coś tam niewyraźnie odpowiedziałem, że nic takiego i w ogóle, robiąc zapewne jakąś głupią minę. Tak naprawdę, gdybym był czajnikiem, to właśnie bym gwizdał. Jestem królem świata! Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 3 – libacja u bilba

libacja-u-bilbaNa drugie zajęcia jechałem sam. Anioł coś wymijająco stwierdził, że sam sobie poradzę, wierzy we mnie i tak dalej. A w ogóle to idzie poćwiczyć do „Samsona”, bo coś go ostatnio za bardzo znosi przy silniejszym wietrze. Podejrzane. Coś kręci. Ale dobrze, pojadę bez niego.

Tym razem wziąłem odpowiednią teczkę, zapakowałem piórko (wybornie nadaje się do tego etui na szczoteczkę do zębów). W teczce – praca domowa. W sumie nic szczególnego – ot, wszystkie literki które przerobiliśmy.

Pisać, pisać, ćwiczyć, ćwiczyć…  Rzędy tych samych liter w końcu robią się nudne. Nie chciałem sam próbować innych – już parę razy zdawało mi się, że wiem, jak prowadzić stalówkę. Za to  całkiem ciekawe byłoby  pisanie całych słów, trudne o tyle, że literek do wykorzystania miałem niewiele. Zacząłem więc pisać głupoty w stylu tytułowej „libacji u bilba”  (z małej litery, bo dużego B jeszcze nie umiem). Za to pozwoliłem sobie na ułańską fantazję i przerobienie l na ł. Na resztę tej specyficznej twórczości literackiej miłościwie spuśćmy zasłonę milczenia, ale samą zabawę polecam. Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 2 – brzuszki i kaczuszki.

układ ręki podczas pisania

W końcu jestem w skryptorium!  Dyskretne światło woskowych świec, w powietrzu unosi się zapach starych ksiąg,  lekko skrzypią gęsie pióra. Od czasu do czas słychać szelest przekładanych kart czerpanego papieru a na pulpicie Mistrza leży prawdziwy, drogocenny pergamin. Bajka.

No dobra, tak naprawdę była to duża sala do edukacji plastycznej. Trzy wielkie, niezbyt stabilne, okrągłe stoły, każdy przykryty maksymalnie nieklimatyczną, ale za to prawdopodobnie odporną na wszelkie możliwe farby, kleje i tusze ceratą.

W sali była już Pani Olga, nasza Mistrzyni, terminatorzy powoli zajmowali miejsca. Rozłożyła swój przybornik z piórkami (właśnie dotarło do mnie, dlaczego piórnik to piórnik…). Myślę: aha, często używany, nasza nauczycielka to praktyk. Jest dobrze. Albo i niedobrze. Dostrzeże każdy błąd, przyłapie na każdym niedbalstwie, przeciw czemu protestować będzie moje męskie ego, a rozum podpowiadać, że powinienem wsadzić je sobie gdzieś bardzo, bardzo  głęboko. Tak mniej więcej po migdałki. Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 1 – Jak dostałem w pysk.

piorkoLubię tak zwane „dawne czasy”. Co prawda dla moich młodszych kolegów oznacz to lata 80. a czasem nawet 90., ale mam na myśli dzieje zdecydowanie odleglejsze. Powiedzmy, że od budowy Biskupina po zdobycie Berlina. Jak dawne czasy, to i dawne obyczaje, sztuka, kuchnia, życie codziennie i oczywiście pismo.

Nic nie ma takiego klimatu, jak starodawne, fantazyjnie opisane mapy, przecudnie iluminowane* pergaminy czy królewskie dekrety, dodatkowo ozdobione przepięknymi woskowymi pieczęciami. Od razu mamy przed oczami zgarbionych mnichów z klasztornego skryptorium  z „Imienia róży”,  tajemnicze manuskrypty Templariuszy z Indiany Jonesa czy mapę, która zaprowadziła Bilba Bagginsa wraz z krasnoludami do Samotnej Góry.

Mając głowę nabitą takimi obrazami zapałałem miłością do szlachetnej sztuki kaligrafii. Zgromadziwszy  odpowiednie przybory i pomoce naukowe  zacząłem coś tam bazgrać. Cały mokry i blady, niczym młodzieniec po raz pierwszy oglądający nagą dziewczynę, rysowałem „tolkienowskie” literki i po jakimś czasie stwierdziłem, że jest bardzo przyjemne zajęcie. Ludziom podobały się te moje „baśniowe literki”, a ja puchłem z dumy, niczym dziecko chore na świnkę. No to skoro jestem TAAAAKI DOBRY to czemu nie sięgnąć wyżej?

No to sięgnąłem. Po ciut „mądrzejsze” opracowania, zacząłem czytać dyskusje na polskich i zagranicznych forach. Mój anioł stróż bezczelnie stanął za mną, poprawił aureolę i z drwiącym uśmiechem przyglądał się temu, co robię. Kątem oka dostrzegałem, że minę ma coraz bardziej znudzoną, więc już chciałem się odezwać, że chyba to nie dla mnie,  gdy znienacka chlasnął mnie prosto w pysk swoim anielskim skrzydłem. Popatrzył mi głęboko w oczy, sprawdził, czy jestem dostatecznie przytomny by coś do mnie dotarło i powiedział: „A gdybyś tak zamiast stękać „że się nie da”  w końcu ruszył dupsko i zabrał się do roboty? Tak na serio? Znaczy, PORZĄDNIE?”. Czytaj dalej

Tagi