Śmierdząca sprawa…

Kiedy czytam książki w którym opisywana są np. tubylcy w jakiejś krainie, zawsze zastanawiam się: jak żyją? Co jedzą? Gdzie mieszkają? Jakie mają obyczaje? Ba, jak radzą sobie z rzeczami, które dotyczą każdego, a o których zwykle się w towarzystwie nie rozmawia.
Tak jest też oczywiście w przypadku hobbitów.

Ostatnio rozważałem problemy związane z chodzeniem boso. Pora na przyjrzenie się kolejnym, nieoczywistym dla większości czytelników elementom codziennego, hobbickiego życia!
Kiedy zaczynamy rozmowę o niziołkach (szczególnie tych tolkienowskich), pierwsze co zwykle przychodzi wszystkim do głowy, to idylliczna rolnicza kraina, po której biegają małe wersje Roberta Makłowicza. Niski, wesoły lud, lubiący dobre jedzenie, mający skłonność do tycia w pasie. Zresztą któż nie zna tego cytatu:

„[hobbici] jedli i pili jak najczęściej i z wielkim zapałem, lubili o każdej porze dnia żartować, a sześć razy na dzień jeść – o ile to było możliwe.”
J.R.R. Tolkien „Władca Pierścieni” tł. Maria Skibniewska, MUZA SA, Warszawa 1996, 2013

Prawdopodobnie wszyscy mamy w głowie obraz wsi sielskiej, hobbickiej, angielskiej, utrwalony zresztą przez grafiki samego Tolkiena jak i chyba najbardziej — przez filmy Petera Jacksona. Wszędzie słonecznie, kwiatki, rabatki, chwytające za serce hobbickie ogródki. Spiżarnie pełne smakołyków a na sznurkach bielejące na słońcu prześcieradła. Czego brakuje w tym obrazku? Zapachów.
I powiedzmy jasno – nie tylko zapachów kwitnącego bzu, skoszonej trawy czy wędzonego boczku. Prędzej czy później, wszystko, co weszło nawet w najbardziej zacnego hobbita, musi znaleźć ujście, prawda? Okazuje się, że to wcale nie jest prosta sprawa. Zacznijmy od początku tego łańcucha, czyli zadowolonego z siebie niziołka, który chce zrobić miejsce na kolejny obfity posiłek i siada na… No właśnie, na czym? 

Hobbit na hobbickiej toalecie Kontynuuj czytanie

Hobbit na mokro, czyli o tradycji i wspólnocie

Dziś drugi dzień Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, już luźniejszy, bardziej spacerowy, często dzień odwiedziń u dalszych krewnych czy znajomych.  No a w wielu miejscach oczywiście także tradycyjnego śmigusa-dyngusa.

Dzieciaki biegają z karabinami na wodę polewając wszystko i wszystkich. Dawniej najmłodsi używali tzw. „dyngusówek” (znacie takie małe, plastikowe jako udające pisankę? – są cały czas w handlu!) albo butelek po szamponie. Szczególnie cenne były litrowe butelki po płynie do płukania tkanin „FF”, wręcz idealnie dostosowane do tej zabawy. Duża pojemność i ogromny zasięg, trzeba było o nie zadbać odpowiednio wcześnie, pilnując, by matka nie wyrzuciła bezcennej butelki. 

Ilustracja przedstawiająca hobbitów polewających się wodą na wiosnę.

Nastolatkowie – ooo, tu już nie było przebacz – lali wiadrami. Tak. W mieście. Trzeba było bardzo uważać wybierając godzinę, na którą się udzie do kościoła, raczej należało wybrać siódmą rano albo wieczorną mszę.
Atak mógł przyjść też od sąsiada z wyższego piętra. Serio. Kontynuuj czytanie

Rocznicowy numer „Empire” – 25 lat „Drużyny Pierścienia”

25 lat temu rozpoczęła się kolejna fala tolkienowskiego szaleństwa. Śmiem twierdzić nawet, że w kategorii fall było to wręcz tsunami. 

Pojawiło się mnóstwo artykułów, gazet i gadżetów, fani polowali na teksty i zdjęcia. Jedną z takich był filmowy magazyn „Empire”, gdzie w 2001 roku pojawiły  się pierwsze „duże” artykuły na ten temat. Przez te ćwierć wieku „Władca Pierścieni”  Petera Jacksona wielokrotnie gości na okładach i łamach magazynu, a teraz właśnie wyszedł najnowszy numer, poświęcony srebrnemu jubileuszowi „Drużyny Pierścienia”. 

Okładka magazynu Empire z roku 2001

Okładka magazynu Empire z roku 2001

Okładka magazynu „Empire” z 2026, wersja w sprzedaży detalicznej

Okładka magazynu Empire z 2026, wersja w sprzedaży detalicznej

Okładka magazynu „Empire” z 2026, wersja dla subskrybentów

Okładka magazynu Empire z 2026, wersja dla subskrybentów

Jak każdy fan gromadzę rzeczy tego typu, więc tutaj też wydałem parę funtów. Czy było warto? To skomplikowane… Osobiście uważam, że nie było warto, ale nie żałuję. 🙂
Zapoznajcie się z zawartością, może ktoś się skusi. Od raz informuję, że nakład wyczerpany, więc tylko na aukcjach.

Parę linków dla fantasy-rekonów ;)

Ostatnio podczas dyskusji o sensowności (lub bezsensowności) karwaszy Boromira/Aragorna na moim wallu na Facebooku, okazało się, że temat zainteresował o wiele więcej osób, niż mogłem przypuszczać.  
Zaczęliś
my dyskutować na tema broni i pancerzy w ekranizacji LOTR , ich większej lub mniejszej użyteczności. Tak sobie pomyślałem, że dla zainteresowanych zrobię zbiór linków na temat mniej lub bardziej fantastycznych elementów uzbrojenia. Może przydadzą się czy to do dyskusji, czy do tworzenia rekwizytów dla cosplayerów, czy nawet dla fantasy-rekonów wykonujących i testujących repliki filmowego uzbrojenia.
Niekoniecznie z uniwersum Tolkiena:
Kontynuuj czytanie

The Hobbit Graphic Novel: Revised and Expanded

Okładka powieści graficznej „Hobbit"

Okładka nowego wydania, źródło: Amazon.pl

We wrześniu 2025 roku ukazało się nowe, poprawione i rozszerzone wydanie klasycznego już dziś komiksu o wielkiej przygodzie Bilba Bagginsa – „The Hobbit Graphic Novel: Revised and Expanded” Davida Wenzela, w adaptacji Charlesa Dixona.

Wiem, że wielu z Was ma ten komiks, ale ten drobny dopisek „Expanded” przykłada się na całkiem solidną nową zawartość. Pomijam cyfrowe odświeżenie całości (ponowne zeskanowano plansze) ale całość została uzupełniona o zupełnie nowe rysunki, dzięki czemu niektóre części opowieści, np. Bitwa Pięciu Armii.
Natomiast prawdziwym rarytasem jest dodatek, w którym możemy prześledzić proces twórczy, swoisty „making of”. Osobiście jestem zachwycony tym wydaniem, tym bardziej, że ma twardą okładkę i szyty a nie klejony grzbiet. Wiadomo, nie każdy lubi (i ceni…) komiksy, ale to jest naprawdę moim zdaniem perełka.  

 Jeśli chcecie zapoznać się (z grubsza) z różnicami miedzy starym a nowym wydaniem, zapraszam do na mój kanał na YouTube. Koniecznie obejrzyjcie też wywiad z Davidem Wenzelem oraz jego stronę, gdzie można też nabyć art printy jego prac. Linki znajdziecie w opisie filmu na YouTube:

Noc czerwcowa

No i mamy to.  Wszyscy wrzucają fotki ze wschodu Słońca, portale internetowe odpaliły wszystkie znane modele AI, by widowiskowo i kwieciście powiadomić nas o nadejściu lata. 

Mamy dziś, wg współczesnych kalendarzy pierwszy dzień lata. Najdłuższy dzień roku, albo najkrótszą noc, jak kto woli.  W Stonehenge mnóstwo dziwaków przyjechało odprawiać dziwne rytuały, inni po prostu przeżywać wschód Słońca w niezwykłym miejscu i szczególnym dniu. Zresztą na całym świecie są w tej chwili oblegane wszelkiej maści święte kręgi. Na łąkach płoną ogniska, wokół których tańczą czasem dziewczyny z wiankami we włosach, marząc o chłopakach szukających kwiatu paproci.

Żartuję, to margines.  W większości jest to po prostu spotkanie przy grillu i piwku albo udział w zabawie organizowanej przez pobliską gminę. Jeśli w ogóle. 

„Za moich czasów” to się jeszcze romantycznie wybierało nad jezioro czy urządzało wieczór przy świecach i gitarze. Ale wtedy nie było jeszcze smartfonów. Nawet o zwykły, stacjonarny telefon było trudno.
Tak czy siak, w mniej lub bardziej upośledzonej formie odprawiamy w ten dzień (lub te dni, nie trzymamy się sztywno) jakieś tam rytuały, „świętujemy”, bo każda okazja jest dobra. 

Kontynuuj czytanie

Jak zbombadilowałem starą raportówkę

Wiecie z pewnością, że „Z Toma Bombadila chłopak był morowy, żółte buty miał juchtowe, kubrak szafirowy, pas zielony nosił, spodnie z mocnej skóry, a za wstążką kapelusza wpiął łabędzie pióro.[1]
U boku zaś wojskowa torba mu dyndała, dziwną, wstrętną farbą, malowana cała [2].

Tak się złożyło, że droga do pracy, mojego zacnego kolegi, Toma Bombadila prowadzi akurat tuż koło mojej pracy. No i czasem spotykamy się na parę minut by omówić ważne i mniej ważne sprawy albo wymienić różnymi tolkienowskimi artefaktami.
Razu pewnego patrzę, a Tom niesie wojskową raportówkę z lat 80 i z daleka krzyczy: „Patrz, co dostałem od wujka! Tylko coś mi się tu w pasku zacięło i się boje zerwać, a ty sie na tym znasz”. Hmmm… No nie znam. No może ciut, amatorsko, ale nie będę się przyznawał.  Torba zacna, 40 lat temu szczyt marzeń. Kto miał wejścia w wojsku, z dumą nosił, oczywiście na zbyt długim pasku. Solidny kawał wołowej skóry, tyle, że wykończony jakąś mocno PRLowską farbą. Coś jak emulsja na ścianach w przychodni. Ogólnie masakra. Ale… A gdyby tak… A może? Hmmm… 

– „Dawaj tę torbę, zobaczę co z tym paskiem. Słuchaj, a może by spróbować ją troszkę podrasować, by była bardziej stylowa i bardziej pasująca na bombadilowanie albo wikingowanie (bo Tom także wikinguje oprócz bombadilowania!)?”
– „Czemu nie! Tak się zastanawiałem, czy da się coś z nią zrobić.”

Tak naprawdę, to chyba nie zdążył nic powiedzieć, po prostu zabrałem mu tę torbę i wycofałem się na z góry upatrzone pozycje. Jak spieprzę, to odkupię, widziałem parę na aukcjach. Nie wiedziałem jeszcze, na co się rzucam, jako dyletant. 

Kontynuuj czytanie

Wybraniec

„Listy”[1] Tolkiena. Lubię je czytać. Czy to po kolei, czy losowo, czy tematycznie. I za każdy razem znajdę coś nowego, coś, co mnie poruszy, da do myślenia. Zostawi ślad. Albo chociaż zaintryguje. 

Wyjątkowo nie jechałem do pracy rowerem, tylko autobusem, miałem więc krótki czas na lekturę. „Przykleiwszy się” solidnie do swojego kąta zacząłem czytać. Darowałem sobie narzeczeńskie  listy do Edith i już chciałem przeskoczyć do późniejszych wydarzeń, gdy zacząłem czytać list nr 5 do Geoffreya Smitha. I poczułem się… Poczułem się nieswojo. Tak, nieswojo – to chyba najlepsze słowo.

Trochę było mi głupio, że wcześniej nie zwróciłem uwagi na „moc” tego listu. Do głowy cisnęły się pytania – co robimy z darami, które otrzymujemy? Gdzie leży granica między prawdziwym powołaniem a pychą? Czy lepiej się umniejszyć w oczach bliźnich i Boga, czy sięgać do gwiazd nie zważając na wszystko i wszystkich? Jak ważna jest wspólnota?

Jeśli ktoś choć pobieżnie zna życiorys J.R.R. Tolkiena, z pewnością coś słyszał o T.C.B.S. – Tea Club, Barrovian Society. Krótko przypomnę – podczas nauki w King Edward’s School w Birmingham, Tolkien oraz jego przyjaciele, m.in. Robert Gilson, Geoffrey Smith i Christopher Wiseman stworzyli coś w rodzaju nieformalnego, pół-tajnego stowarzyszenia. Spotykali się albo w szkolnej bibliotece, gdzie raczyli się nielegalnie parzoną herbatą (w bibliotece był zakaz!), albo w Barrow’s Store, czyli czymś w rodzaju współczesnej galerii handlowej. Na parterze znajdowały się sklepy, natomiast na piętrze kawiarnia, gdzie w eleganckich wnętrzach raczono się herbatę oraz zajadano sandwiche.

Borrow’s Stores kadr z filmu „Tolkien” (2019) i zdjęcie prawdziwego sklepu i herbaciarni.

Atmosferę tego miejsca oraz biblioteki doskonale przedstawiono w filmie biograficznym „Tolkien”[2]. Jeśli ktoś nie oglądał, serdecznie polecam, nawet jeśli film w paru miejscach nie jest zgodny z rzeczywistością. „Barrowianie” wspólnie uczyli się, ale też dyskutowali o literaturze, sztuce, prezentowali swoje prace i oczywiście je omawiali. Chyba jedynym tematem który (wg wspomnień…) omijali były, o dziwo… dziewczyny. Kontynuuj czytanie

Przy ogniu na YouTube

Nie wiem czy wiecie, ale mam też swój kanał na YouTube. Nie jest zbyt wielki ani zbyt aktualny, ale będę próbował ten stan zmienić.
Oczywiście polecam swoje starsze filmy, szczególnie te poświęcone różnorakim formom hobbitowania, ale… No cóż. Lubię je, ale są już stare. Chciałbym więc wrócić do tej zabawy, ale bez jakiegoś szczególnego nacisku na tematy stricte tolkienowskie. Raczej chciałbym po prostu pokazywać właśnie moje hobbitowanie. To co lubię. O ile… Kontynuuj czytanie