Dziś drugi dzień Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, już luźniejszy, bardziej spacerowy, często dzień odwiedziń u dalszych krewnych czy znajomych. No a w wielu miejscach oczywiście także tradycyjnego śmigusa-dyngusa.
Dzieciaki biegają z karabinami na wodę polewając wszystko i wszystkich. Dawniej najmłodsi używali tzw. „dyngusówek” (znacie takie małe, plastikowe jako udające pisankę? – są cały czas w handlu!) albo butelek po szamponie. Szczególnie cenne były litrowe butelki po płynie do płukania tkanin „FF”, wręcz idealnie dostosowane do tej zabawy. Duża pojemność i ogromny zasięg, trzeba było o nie zadbać odpowiednio wcześnie, pilnując, by matka nie wyrzuciła bezcennej butelki.

Nastolatkowie – ooo, tu już nie było przebacz – lali wiadrami. Tak. W mieście. Trzeba było bardzo uważać wybierając godzinę, na którą się udzie do kościoła, raczej należało wybrać siódmą rano albo wieczorną mszę.
Atak mógł przyjść też od sąsiada z wyższego piętra. Serio. Kontynuuj czytanie







