Hobbit na mokro, czyli o tradycji i wspólnocie

Dziś drugi dzień Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, już luźniejszy, bardziej spacerowy, często dzień odwiedziń u dalszych krewnych czy znajomych.  No a w wielu miejscach oczywiście także tradycyjnego śmigusa-dyngusa.

Dzieciaki biegają z karabinami na wodę polewając wszystko i wszystkich. Dawniej najmłodsi używali tzw. „dyngusówek” (znacie takie małe, plastikowe jako udające pisankę? – są cały czas w handlu!) albo butelek po szamponie. Szczególnie cenne były litrowe butelki po płynie do płukania tkanin „FF”, wręcz idealnie dostosowane do tej zabawy. Duża pojemność i ogromny zasięg, trzeba było o nie zadbać odpowiednio wcześnie, pilnując, by matka nie wyrzuciła bezcennej butelki. 

Ilustracja przedstawiająca hobbitów polewających się wodą na wiosnę.

Nastolatkowie – ooo, tu już nie było przebacz – lali wiadrami. Tak. W mieście. Trzeba było bardzo uważać wybierając godzinę, na którą się udzie do kościoła, raczej należało wybrać siódmą rano albo wieczorną mszę.
Atak mógł przyjść też od sąsiada z wyższego piętra. Serio.

Piszczące dziewczęta zlane od tenisówek po spinkę do włosów. Te najfajniejsze oczywiście, które piszczały, złorzeczyły, ale nie chowały się bynajmniej w domach. Zwykle bardzo szybkie, tu jakoś ostatecznie nigdy nie zdołały uciec. Ot, wiosenna magia.  I te napalone chłopaki, liczące na to, że dziewczyna zostanie miss mokrego podkoszulka (czy raczej białej, świątecznej bluzki) i będzie jej widać – o matko jedyna! – stanik! Prawdziwy stanik! O borze szumiący, do dziś czuję dreszcze. 🙂

Dziś taką formę widzimy już coraz rzadziej, został już tylko marketing i coraz bardziej wyrafinowane „karabiny” na wodę. Czasem już nawet z elektroniką. Nie przypomina to w niczym radosnej zabawy w świąteczne przedpołudnie, a raczej zabawę w „strzelanego”. 

Wiecie, że uwielbiam tradycję i przenikanie się dawnych obyczajów.Cieszę się, ktoś rozumie jej pochodzenie, symbolikę. a jeśli ma dla niego jeszcze jakieś znaczenie – o, to już w ogóle cudownie. 
Szkoda mi więc, że z tych „moim czasów” jeśli w ogóle, to został już tylko element „traf kogoś wodą”. Kogokolwiek, bo dziewczyn to już nie interesuje. Raz, kwalifikuje się to dziś niemal do molestowania a jak nie – to jako buractwo i „końskie zaloty”, dwa, nawet jak wie „o co chodzi”, to wcale tego nie chce, a wręcz przeciwnie. Płodność i szybkie zamążpójcie to raczej nie jest to, czego obecnie chcą nastolatki.
Pojawiają się oczywiście zarzuty o seksualizację, ale powiedzmy sobie szczerze – gros dawnych obyczajów (śmiem twierdzić, że większość) była bezpośrednio lub pośrednio związana z seksem. Ale nigdy nie chodziło wcale o celebrowanie radosnego baraszkowania jako takiego, o namawianie do rozwiązłości tylko właśnie o płodność. Najwyższe dobro, jakim dla wspólnoty są dzieci. 

Oczywiście piszę o tym ze swojej perspektywy, z perspektywy dużego miasta i mojego smutnego „osiedla wdów”. Być może w innych miejscach jest zupełnie inaczej, nie wiem. Wydaje mi się jednak, że ten element (stosowany świadomie lub podświadomie) duchowy jest coraz mniej obecny, z wyjątkiem może odradzających się obecnie ruchów neopogańskich, lub jak wolą niektórzy rodzimowierczych. 
Nikt nie ma gdzieś tam „z tyłu głowy” (a może jednak ma, coś czuje?) że polewając wodą oprawia poniekąd rytuał zapewniających zdrowie, płodność i powodzenie. Także oczyszczenie. 

Swoją drogą nawet w telewizji nie widziałem, by gdziekolwiek śmigus przebiegał w pełnej formie, czyli oprócz „polowania na panny”z wiadrem wody smagania wierzbowymi witkami. Były one jedynymi z pierwszych oznak wiosny, symbole siły życiowej i odradzania.  
W mieście także nigdy nie słyszałem o dyngusie, czyli chodzeniu po domach i zbieraniu datków – jajek, smakołyków, czasem czegoś mocniejszego, często ze śpiewem. Coś, jak kolędnicy tylko wiosną.  Myślę jednak, że chodzenie „po dyngusie” jest jeszcze żywe w wielu miejscach, gdzie lokalne społeczności starają się kultywować dawne obyczaje, niechby i w formie trochę teatralnej. 

A co z hobbitami? Bo oczywiście jak zawsze przy takiej okazji natychmiast zastanawiam się, „A ciekawe, jak to u hobbitów było? Czy mieli jakieś zbliżone obyczaje?”. 

Hobbici, jako że żyli (jak wierzą niektórzy) dłuuuugo przed Chrystusem oczywiście nie celebrowali ani tajemnicy Wielkiej Nocy, ani obyczajów związanych Lanym Poniedziałkiem. Musimy jednak pamiętać o tym, że byli społeczeństwem agrarnym, celebrowali więc z pewnością zmiany w przyrodzie i jej cykliczność. Byli także bardzo rodzinni, więc jak sądzę rytuały związane z płodnością także nie były im obce, zwłaszcza, że były to lud wesoły i skłonny do zabaw. Echa tych zabaw (jak sądzę) zostały do dziś na terenach „pohobbickich”.

Mamy więc oczywiście May Day i tańce wokół przystrojonego wielokolorowymi wstążkami „słupa majowego” (maypole), wybór Królowej Maja (May Queen). Wszystko to symbolizuje  płodność, odrodzenie przyrody i jakże ważną  wspólnotę.
Dalej – Wassailing (błogosławienie drzew). Było to znowuż rytuał związany z płodnością, ale tym razem przyrody. Hałaśliwy, radosny rytuał, w którym polewano drzewa owocowe cydrem, śpiewano, ucztowano, wypędzając złe duchy i jednocześnie starano się zapewnić urodzaj. Chodzono także po domach zbierając datki i smakołyki, podobnie jak w naszym dyngusie. 
Mamy, czy raczej mieliśmy obyczaj procesyjnego obchodzenia pól i ich błogosławieństwa, oczywiście także w celu zapewniania urodzaju. Ciekawostka – podczas tego obrzędu często stosowany kontrowersyjny obyczaj, w którym w charakterystycznych miejscach (duże drzewa, kamienie, inne rzucające się w oczy obiekty) ojcowie bili swoich synów rózgami. Oprócz znaczenia obrzędowego miało to znaczenie praktyczne – taki dzieciak dobrze zapamiętywał miejsce, co miało duże znaczenie dla bezpieczeństwa jako punkt orientacyjny, dodatkowo dziecko wiedziało od tej pory „gdzie jest pole jego ojca”. 

Myślę, że hobbici mieli jeszcze wiele, wiele innych obyczajów, o których nie wiemy, jednak ich dalekie echo do dziś rozbrzmiewa w wielu miejscach na terenie Europy. Przemieszane z wieloma innymi tradycjami, zmiksowane z chrześcijaństwem czy kulturami innych regionów świata. 
Nasz brak wiedzy na ten temat nie ma tu jednak większego znaczenia. Czujesz się hobbitem? Nie masz lub nie pamiętasz żadnej tradycji? Stwórz ją! Niech to będzie, powiedzmy wspólne przygotowanie jakieś bardzo szczególnego posiłku, śpiewanie wokół kwitnącej jabłoni, ba, nawet zawody w łapaniu ogórka „na szczęście” podczas pierwszego, wiosennego kiszenia (właśnie wymyśliłem, obmyśl zasady!).

Miej tylko zawsze w głowie, że obojętnie co będziesz robił, słowem kluczem jest WSPÓLNOTA. Niech to będzie rodzina, znajomi, grupa przyjaciół. I wtedy to ma sens. Według mnie oczywiście.

Radosnego świętowania! A teraz jeśli jesteś kawalerem a nie oblałeś jeszcze żadnej (CHĘTNEJ!!!) panny, to leć szybko chociaż po kubek z wodą i luuuuu! No i nie zapomnij się potem taką panną zaopiekować! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *