Bez kategorii

Woda Entów – robię syrop z pędów sosny!

Jakże zaniedbałem bloga! Ostatni wpis z zeszłego roku… Dla usprawiedliwienia dodam, że w zeszłym roku trochę się działo, walczyłem ze zdrowiem (a może raczej: o zdrowie), poważnie zabrałem się obsadki do kaligrafii itd. i generalnie rzeczy ulotne wrzucałem tam, gdzie ich miejsce, czyli na Facebooka. W tym roku mam nadzieję, że będzie lepiej. Czas wrócić do hobbickiej kuchni, spiżarni i apteczki. Dziś zabrałem się za syrop sosnowy.

Zbieranie tegorocznych pędów sosny

Do wyprodukowania syropu sosnowego skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze wpis mojej ziołowej muzy – Klaudyny Hebdy z  Ziołowego Zakątka (obecnie pod adresem https://klaudynahebda.pl/). Druga rzecz – to nalewka na młodych pędach sosny, którą poczęstował mnie mój kolega (dzięki Wojtas!). Co prawda po otwarciu butelki zastanawiałem się, czy aby nie dał mi rozcieńczalnika do farby olejnej, ale w smaku okazało się cudowne. Jestem pewien, że Woda Entów miała coś wspólnego z tym specyfikiem.

Zasadniczo nalewek nie mogę pić (ogólnie – alkoholu), więc postanowiłem zrobić syrop. Przepis jest banalny: młode pędy sosny zasypujemy cukrem w słoiku i czekamy około miesiąca. Po tym czasie rozlewamy do butelek. Przepis jest prosty nie będę mnożył bytów przytaczając go tu (internet jest ich pełen), gorąco jednak zachęcam do zapoznania się z wpisem Klaudyny (https://klaudynahebda.pl/syrop-z-sosny/) w którym nie tylko przeczytacie dokładny przepis, ale i parę rad, dzięki którym nie zostaniecie leśnymi szkodnikami i nie narazicie się na słuszny gniew Pasterzy Drzew.

W tym roku szczęśliwie udało mi się nie przeoczyć terminu, gdy sosna wypuszcza młody pędy i są one odpowiedniej długości. Choć mam na działce całkiem solidne sosny, z dachu altany jestem w stanie jeszcze sięgnąć do gałęzi. Szczęśliwie solidna burza trochę spłukała drzewa z miejskiego pyłu. Mój syrop nie będzie jakiś specjalnie „eko”, ale myślę, że jego zdrowotne właściwości pochodzące od olejków i żywic będą większe, niż szkodliwość metali ciężkich z poznańskiego smogu. Zresztą… Jak mnie jeszcze nie zabiła marchewka z giełdy ogrodniczej to to też raczej nie.

Do roboty! Więc hop, na dach! Mam lęk wysokości. Wejdę na drzewo, mogę chodzić po górach itp. Ale płaski dach bez poręczy to tak, wiecie… No, nie bardzo. Nawet jak jest na wysokości raptem dwóch metrów. Ale z lekkim ściskiem poniżej pasa udało mi się nazbierać pędów na dwa słoiki.

 

Zbiór pędów sosny

Żniwa na dachu, gacie pełne strachu 🙂

Zbierałem zarówno młode pędy…:

Pędy sosny

Pędy sosny

…jak i trochę męskich kwiatostanów:

Męski kwiatostany sosny

Tak wygląda męski kwiatostan sosny

Na dwa takie słoiki jak na zdjęciu zużyłem 1,5 talerza pędów. Pędów nie ciąłem ani nie siekałem, po prostu łamałem je w palcach przed wrzuceniem do słoika. Uprzedzam, że po takiej zabawie ręce się dosyć lepią od żywicy. Ciuchy też. Całość przesypywałem co pewien czas cukrem i starałem się ubić na tyle, ile to możliwe. Na koniec dodałem odrobinę spirytusu nalewkowego na wierzch.

Zasypywanie cukrem pędów sosny

Trochę pędów, trochę cukru i tak na przemian.

Po zakończeniu pracy całość wyglądała tak:

Pędy sosny zasypane cukrem

Pierwszy słoik skończony

Ludzie mi mówili, że dałem za dużo cukru, ale raz – to syrop, nie nalewka, dwa – na zdjęciu to tak wygląda, w rzeczywistości tych pędów tam jest sporo. Zresztą – zobaczymy za miesiąc z hakiem, co z tego wyjdzie. Od razu mówię – użyłem białego rafinowanego, bo zwyczajnie nie przepadam za brązowym. Jasne, brązowy „zdrowszy”, mikroelementy itp. Bla, bla bla. Po prostu mi nie pasuje. Jak toś chce zaszaleć, może użyć miodu.

Zgodnie z tym, co pisze Klaudyna na swoim blogu, po paru dniach całość „rozmoczyła się” i objętość spadła mniej więcej o ¼, może trochę więcej.
Cieszę się bardzo, że mam w swoich hobbickich zapasach pierwszy, samodzielnie przygotowany ziołowy eliksir. Z jednej strony jak najbardziej „spożywczy” dla czystej przyjemności, z drugiej strony wspaniałe, naturalne, aromatyczne lekarstwo. Czy będzie działo lepiej niż kupne, nie mam pojęcia, ale nie jest to dla mnie tak naprawdę istotne. Być może nie zadziała cudownie na ciało, ale z pewnością na duszę, gdy w jesienne, deszczowe popołudnie wyruszę znów z drużyną hobbitów by nieść Jedyny Pierścień do Góry Przeznaczenia.

Póki czas, zachęcam wszystkich do spróbowania swoich sił, a ja jeszcze dla eksperymentu zaryzykuje z pędami świerku. Ale na wszelki wypadek w jakimś mały słoiczku.

 

Praca skończona!

Praca skończona! Teraz pozostaje czekać!

Bułki w aptece

fistoffuryDo tego wpisu sprowokowały mnie artykuły na temat rękodzieła, które od jakiegoś czasu przewijają się przez blogi oraz Facebooka. Wszystkie można by streścić jako „przestańcie się poniżać i ceńcie swoją pracę”. Z tą poradą nie ma co polemizować, ale we wszystkich tych sieciowych wynurzeniach i narzekaniach na zepsuty rynek brak mi wciąż jednego. Pokory.

W ten nurt wpisuje się także „edukacyjny” tekst http://www.orimono.ga/zyciowki/nie-badz-tym-klientem-wyjmij-slome-z-buta/ i po jego lekturze postanowiłem dołożyć swoje trzy grosze. Trudno się nie zgodzić z większością tez przedstawionych w tamtym tekście, wyliczenia na temat godzin pracy, kosztów materiałów, nauki, zobowiązań wobec państwa są znane i raczej oczywiste. Uświadomienie tego zarówno sprzedającym jak i kupującym jest ważne. Wydaje mi się jednak, że zarówno autorka tego tekstu jak i inni piszący w podobnym tonie pomijają jeden drobiazg, dzieląc się doświadczeniami.

Zauważyłem, że mottem większości autorów jest „Najważniejsze by się cenić”. Rozumiem to i potwierdzam, trzeba się cenić, choć  stosowniejszym określeniem byłoby moim zdaniem „znać swoją wartość”. Chwilę później czytamy, jako to słoma wystaje z butów kupującym, że nie odróżniają szlachetnego rękodzieła od masówki z IKEA czy Home&You i że generalnie buraki to powinny zostać na polu a nie pchać się na salony. Czytaj dalej

Kto jest ów cham z chamów, co woła zza wody?

"Edda poetycka" w Muzeum archeologicznym w Poznaniu

„Edda poetycka” w Muzeum archeologicznym w Poznaniu
Thor vs. Odyn

Dawno nie było nowego wpisu więc korzystając z odrobiny wolnego pora nadrobić zaległości. W międzyczasie powstały nowe obsadki i o tym jeszcze napiszę, ale póki co – coś świeższego! Przy okazji jest to inauguracja działu wideo. Czasem zdarza mi się filmować różne „dziwne” wydarzenia dla potomności i szkoda by było, gdybym korzystał z tego tylko ja.

W ostatnią sobotę maja, zaciekawiony plakatem na Facebooku „Kto jest ów cham z chamów, co woła zza wody?”, odwiedziłem Muzeum Archeologiczne w Poznaniu. Pod intrygującym tytułem kryło się mini przedstawienie lub, jak to określili autorzy, Stowarzyszenie Edukacji i Odtwórstwa Historycznego „AUREA TEMPORA”, fabularyzowany odczyt „Eddy Poetyckiej”. Link do pełnej, niemal godzinnej wersji nagrania znajdziecie na końcu tekstu a tym czasem co nieco o samym przedstawieniu. Czytaj dalej

Galeria na wiosnę!

W końcu uruchomiłem galerię! Będę stopniowo przerzucał część zdjęć z Facebooka (głównie z „Ogródkowa”) no i oczywiście dodawał nowe.

raz zapraszam do odwiedzin w moim Hobbitonie.  Więcej napiszę o nim w „normalnym” wpisie, ale póki możecie obejrzeć parę fotek z mego prywatnego kawałka Shire.