Bułki w aptece

fistoffuryDo tego wpisu sprowokowały mnie artykuły na temat rękodzieła, które od jakiegoś czasu przewijają się przez blogi oraz Facebooka. Wszystkie można by streścić jako „przestańcie się poniżać i ceńcie swoją pracę”. Z tą poradą nie ma co polemizować, ale we wszystkich tych sieciowych wynurzeniach i narzekaniach na zepsuty rynek brak mi wciąż jednego. Pokory.

W ten nurt wpisuje się także „edukacyjny” tekst http://www.orimono.ga/zyciowki/nie-badz-tym-klientem-wyjmij-slome-z-buta/ i po jego lekturze postanowiłem dołożyć swoje trzy grosze. Trudno się nie zgodzić z większością tez przedstawionych w tamtym tekście, wyliczenia na temat godzin pracy, kosztów materiałów, nauki, zobowiązań wobec państwa są znane i raczej oczywiste. Uświadomienie tego zarówno sprzedającym jak i kupującym jest ważne. Wydaje mi się jednak, że zarówno autorka tego tekstu jak i inni piszący w podobnym tonie pomijają jeden drobiazg, dzieląc się doświadczeniami.

Zauważyłem, że mottem większości autorów jest „Najważniejsze by się cenić”. Rozumiem to i potwierdzam, trzeba się cenić, choć  stosowniejszym określeniem byłoby moim zdaniem „znać swoją wartość”. Chwilę później czytamy, jako to słoma wystaje z butów kupującym, że nie odróżniają szlachetnego rękodzieła od masówki z IKEA czy Home&You i że generalnie buraki to powinny zostać na polu a nie pchać się na salony.

I teraz – zastanówmy się. Czy jeśli na przykład idziemy  po podwyżkę do szefa to zaczynamy rozmowę od „Szefie, wiem, że ma pan gdzieś pracowników i ogólnie jest pan prostakiem bez zasad, ale chciałbym porozmawiać o podwyżce”? Albo zaczepiamy dziewczynę i podrywamy ją tekstem „Chyba masz kłopoty z cerą i krzywe zęby, mogę ci polecić dobrych lekarzy. Ale wiesz co, masz fajny tyłek, umówisz się ze mną na kawę?”…

Tutaj autorka oraz wielu dyskutantów pod wpisem kierowanym (przynajmniej wg tytułu!) do  KLIENTA (a jeśli nie wprost to są to porady co z klientem robić) na wejściu mówi „Słuchaj no, ty, któremu słoma z butów wystaje. Twój prymitywny umysł nie jest w stanie docenić pangalaktycznej zajebistości tego co robię i muszę cię najpierw wychować chamie oderwany granatem od pługa, zanim swoimi obłoconymi kaloszami i śmierdzący gnojem wejdziesz do mojego przeszlachetnego sklepu”. Rozumiejąc całkowicie frustrację rękodzielników i stwierdzając, że często to ciężki kawałek chleba, sytuacja ta nie różni się dla mnie niczym od sceny z „Fist of fury”, gdzie Bruce Lee nie może wejść do parku a strażnicy pokazują mu tabliczkę „Psom i Chińczykom wstęp wzbroniony”. Tak to niestety brzmi. Zastanówcie się drodzy moi, czy naprawdę chcecie publicznie deklarować takie hasła. Doskonale sobie zdaję sprawę, że sytuacja na rynku rękodzieła i podejście klientów jest bezpośrednim skutkiem gwałtownego przejścia z komuny do dzikiego kapitalizmu, który jakoś tak z poślizgiem dotarł do tego segmentu. Ale nie rozumiem, czemu popełniajcie te same błędy. Ba, jeszcze je utrwalacie i propagujecie wśród innych. A czasem wystarczy sięgnąć po wypracowane i sprawdzone rady, choćby takie jak tutaj. Nie trzeba od razu kończyć marketingu i zarządzania.

Wiecie, czemu zachwalam dluta.pl, w którym kupuję czasem narzędzia? Nie, nie sponsoruje mnie. Nie daje mi zniżek. Ale sprzedaje towar dobrej jakości w wysokich, ale uczciwych cenach. W cenach na którą mnie w istocie nie stać więc kupuję tam tyle co kot napłakał i raczej duperele, z których zysku będzie najwyżej na waciki dla szefowej. Ale nigdy nie zostałem potraktowany jak nieistotny klient. Nikt mi nigdy nie powiedział „jak pana nie stać, idź sobie pan do Castoramy, będziesz pan chciał prawdziwe narzędzia, to możesz pan wrócić”.

Idąc dalej. Najbardziej zwróciła moją uwagę część „A jak takie zrobić” i zawarta tam rada ” Jednak nigdy, przenigdy nie pytaj rękodzielnika „A jak to się robi?”. To jest właśnie ten pokomunistyczny ogon dzikiej gospodarki. Polska jest chyba jedynym miejscem, w którym ludzie podchodzą w ten sposób. Nigdy nie miałem JAKICHKOLWIEK problemów, by ktoś z zagranicy nie podzielił się wiedzą, jak coś zrobić. Mimo, że mogłem potencjalnie stanowić dla nich konkurencję. I jeszcze mi np. zwrócili uwagę, że jak robię jako hobby to OK, ale jak komercyjnie to muszę jeszcze zwrócić uwagę na to, tamto i siamto. Ze względu na klienta właśnie. Oczywiście jakimiś mega tajnymi recepturami nikt się nie dzieli, wzorów raczej nikt nie rozdaje (za to można tanio kupić i używać zgodnie z licencją) a ludzie płacą za kursy i przede wszystkim rozumieją ich znaczenie, ale ogólnie poziom otwartości jest zupełnie inny. Ludzie konkurują jakością wyrobu przede wszystkim i swoją renomą. I cholernie się boją złej opinii.

Oczywiście nie jestem naiwny – kradzież wzorów i pomysłów jest powszechna. Ale tu też mamy sporo do nadrobienia względem Zachodu, choćby w ramach używania dostępnych rozwiązań prawnych i dochodzenia swoich praw, ale też i wychowania klienta właśnie i mechanizmów napiętnowania społecznego. Nie jestem tu idealistą, na całym świecie to problem, tylko na trochę innym jak sądzę poziomie. Więc o ile rozumiem oburzenie na prośbę o wzór sweterka, to już przykładowo pytanie „jakie druty są najlepsze” (i odpowiedź na nie…) uważam jak najbardziej na miejscu. Nie generalizujmy więc i nie wrzucajmy do jednego worka różnych rzeczy.

Jak doczytaliście do tego miejsca to dziękuję i przechodzę do głównej myśli. Może by zamiast wyzywania klienta, że mu słoma z butów wystaje go po pierwsze edukować? Pokazać różnicę między McDonaldsem a dobrą, prawdziwą restauracją? I powiedzieć – stary, rozumiem, że lubisz fastfood, ja też czasem jadam, ale uważam, że warto, byś spróbował danie zrobione przez dobrego kucharza i prawdziwe „belgijskie” frytki. Nawet jeśli miałbyś tam być tylko raz czy dwa razy w roku – warto. Kupujesz meble z IKEA? Wiesz, ja też kupuję. Ale skocz ze mną pooglądać meble przedwojenne. Dotknij ręką, zobacz jak są pięknie wykonane. Jestem w stanie zrobić ci takie same. Nie stać Cię teraz? Opuścić nie mogę, ale będę na Ciebie czekał, nawet jak chcesz tylko szkatułkę na biżuterię a nie gdańską szafę. Zawsze jesteś mile widziany.

Powiecie – to nie działa a żyć z czegoś trzeba. Nie mamy tyle czasu, by bawić się w taką edukację. A zauważyliście, że w miejscach, które się systematycznie sprząta nie zbierają się menele? A tam, gdzie ktoś zostawił śmieci pojawia się ich w krótkim czasie coraz więcej śmieci i wkrótce pojawia się niechciane towarzystwo? Więc może jednak warto równać w górę? Nie chcesz menelstwa pod oknem? Sprzątaj śmieci, strzyż trawnik, zasadź kwiaty. Proste?

Czytam, że jak ktoś chce kupić to trzeba mu sprzedać i skasować tyle, ile jest skłonny zapłacić. Prawda. W końcu, kto bogatemu zabroni wydawać pieniądze… Warto na to jednak spojrzeć także od drugiej strony. Niestety spora część prac, śmiem twierdzić nawet, że większość jest warta mniej, niż materiały i praca poświęcona na ich wykonanie. Byle jaka. Słaba. W złym guście. Czasem bezczelnie żenująca.

Więc to źle, że Ci ludzie to robią? Jasne, że nie. Jeżeli ktoś robi bo lubi – chwała mu! Jestem za i podpisuję się wszystkimi czterema kończynami. Jeśli chce komuś podarować – super! Ręcznie wykonana praca to praca z sercem i zwykle doceniona, nawet, jak nie do końca wyszła. W najgorszym wypadku obdarowany miłościwie spuści na to zasłonę milczenia. Okazyjnie sprzeda – czemu nie, jak ktoś bardzo będzie chciał kupić. Ale w momencie, kiedy ktoś zaczyna to traktować już jako pracę – na rynek powinny trafiać tylko wyroby najwyższej jakości. I pozyskiwać przez to klientów także najwyżej jakości. Może to porównanie mocno na wyrost, ale np. Lamborghini to w sumie także rękodzieło. I takich dzieł, i takich klientów oczywiście wszystkim serdecznie życzę.

Na koniec – postępowanie, którego absolutnie nie rozumiem. Tekst do którego się odnoszę (i inne podobne) kierowany niby do klienta i mający go „wychować”, w istocie jest kolejnym głosem w dyskusji rękodzielników na temat „jesteśmy tacy świetni a wszystko psują ci głupi bezczelni klienci!”. Potencjalny klient prawdopodobnie nigdy do tego tekstu nie przeczyta i chyba lepiej, żeby tak było.

Tego typu publiczne wynurzenia są moim zdaniem biznesowym samobójstwem. Jeżeli bym to przeczytał, niczego bym tam nie kupił u takiego rzemieślnika. I odradził innym. Zastanówcie się rękodzielnicy nad tym, zanim publicznie wyrazicie swoje zdanie o tych, którzy Was karmią.
Jeżeli więc przyjdzie do Waszej eleganckiej apteki bezczelny facet ze słomą w butach i poprosi o frytki, colę i doładowanie do telefonu to może zwyczajnie poproście go z uśmiechem receptę…

 

4 Responses to Bułki w aptece

  • Świetny tekst. 100% się zgadzam. 🙂

  • Nic dodać, nic ująć 🙂

  • Dobry tekst. Naprawdę dobry…

  • Dobry tekst. Sama jestem rękodzielnikiem i trochę mnie męczy ten szum „Rękodzielnicy ceńmy się, bo przecież robimy takie cudowności warte bóg wie ile”. Ludzie często na grupach pytają się ile za coś tam wziąć i często padają ceny z kosmosu, a ja się tylko pukam w głowę kto Ci tyle da? Dzięki takim artykułom ja ten u orimono ludziom się w dupach poprzewracało i podają ceny wręcz z kosmosu. Owszem mogą sobie podawać jakie tam sobie chcą ale czy ktoś to kupi? A nawet jeśli to czy wróci? Oczywiście nie jestem też za sprzedażą po kosztach, trzeba to jednak wypośrodkować aby klient był zadowolony a i rękodzielnik co nieco zarobił.