Z pamiętniczka skryby. Część 2 – brzuszki i kaczuszki.

układ ręki podczas pisania

W końcu jestem w skryptorium!  Dyskretne światło woskowych świec, w powietrzu unosi się zapach starych ksiąg,  lekko skrzypią gęsie pióra. Od czasu do czas słychać szelest przekładanych kart czerpanego papieru a na pulpicie Mistrza leży prawdziwy, drogocenny pergamin. Bajka.

No dobra, tak naprawdę była to duża sala do edukacji plastycznej. Trzy wielkie, niezbyt stabilne, okrągłe stoły, każdy przykryty maksymalnie nieklimatyczną, ale za to prawdopodobnie odporną na wszelkie możliwe farby, kleje i tusze ceratą.

W sali była już Pani Olga, nasza Mistrzyni, terminatorzy powoli zajmowali miejsca. Rozłożyła swój przybornik z piórkami (właśnie dotarło do mnie, dlaczego piórnik to piórnik…). Myślę: aha, często używany, nasza nauczycielka to praktyk. Jest dobrze. Albo i niedobrze. Dostrzeże każdy błąd, przyłapie na każdym niedbalstwie, przeciw czemu protestować będzie moje męskie ego, a rozum podpowiadać, że powinienem wsadzić je sobie gdzieś bardzo, bardzo  głęboko. Tak mniej więcej po migdałki.

Terminatorzy – w większości dopiero poznający arkana kaligrafii. Sympatyczna grupa, od studentów po pełną energii panią w kwiecie wieku, która sama określała siebie jako babcię. Oprócz kaligrafii zapisała się na tango argentyńskie. Chapeau bas! Głupio mi się zrobiło, może zacznę chociaż przysiady robić, albo co…

Na dziewięć osób tylko trzech panów. Szkoda. Oglądając zdjęcia z różnych kursów kaligrafii zauważyłem, że mężczyzn tam na lekarstwo. Cóż, pewnie sprawiedliwość dziejowa i rekompensata za lata dominacji.

Spodziewałem się ogólnikowego wykładu na temat kaligrafii, ale na szczęście Mistrzyni doszła do słusznego wniosku, że szkoda czasu i bez jakiejś specjalnej gry wstępnej i pieszczot zagoniła nas do ćwiczeń.

Dostaliśmy specjalne liniuszki, podkładki, tekturkę do rozpisywania pióra, obsadkę ze stalówką i butelkę całkiem przyzwoitego, czarnego tuszu. Dziewczyny marudziły, że ma dziwny zapach, jakby stęchły. Też mi coś, stęchły… Widać że nie próbowały jeść w podstawówce kleju roślinnego, ani nie szorowały rąk po bliższym kontakcie z „Brillantem” i redisówką na ZPT-ach. Teraz wszystko w szkołach jest nietoksyczne, hipoalergiczne itd. Żadna zabawa.

Każdy dostał po wzorniku karoliny (dostojniej – miniskuły karolińskiej, Caroline minuscule), z magnetofonu popłynęła muzyka z epoki. Zaczęliśmy tradycyjnie od kreseczek i szlaczków, znanych chyba każdemu, kto chociaż pobieżnie zerknął na jakikolwiek samouczek kaligrafii. A jestem pewien, że każdy z zebranych na sali zerkał i tylko udaje, że jest jak tabula rasa. Ot tak, z nudów przeglądał stronę muzeum i nagle stwierdził, że zapisze się na zajęcia kaligrafii. Dodam, że sieciowa witryna Muzeum Narodowego jest rzeczywiście muzealna. Taka trochę z innej epoki. I jest wzorcowym przykładem, jak zamieszczać informacje, by ich czasem zbyt szybko i wygodnie nie znaleźć.

Mistrzyni zapewne też miała tego świadomość bo po oszlaczkowaniu kawałka kartki (dziewczyny zrobiły oczywiście parę linijek, ja jedną…) przechodzimy szybko do literki c. Spokojnie, w końcu to tylko małe c. Wzięła piórko, zanurzyła w tuszu i zym-zym, napisała c. Dwa ruchy. Banał.

Z literką c, to jest trochę jak z tymi Wołgami co je rozdają na Placu Czerwonym w Moskwie. Z tym, że nie Wołgi tylko rowery, nie w Moskwie tylko w Petersburgu i nie rozdają, tylko kradną. Podchodzi Mistrzyni. W sumie to moje c jest OK, tylko muszę zacząć ruch piórka trochę niżej niż wyżej, powinno być bardzie okrągłe niż jajowate i bardziej proste niż pochyłe. No dobra, pod koniec czwartej linijki złapałem mniej więcej o co chodzi. Anioł przeciągnął się, ziewnął i ogląda świąteczne ozdoby na sali.

C już przećwiczyliśmy, to teraz spróbujemy mała literę L„. Dobra, pionowa krecha, szału nie ma. Zym! Jest elka. Nie, nie, ten dół ma być zaokrąglony i dopiero potem wyciągnięty. No rzeczywiście, na wzorze ewidentnie jest. Dobra, za którymś razem nauczyłem się rysować łuko-dzióbek. Zym – 56, zym – 57, zym – 58… Trach. Anioł rzeczywiście przypakował w skrzydło, zabolało mocniej niż ostatnio.

Czego k…olego!? – grzecznie pytam. „Zastanówmy się wspólnie, czy tak samo rozumiemy znaczenia słowa pion”. Mistrzyni była tego samego zdania co anioł. Ewidentnie są w zmowie. Moje literki może nie był rozchwiane jak zęby Golluma, ale powiedzmy, że specjalnie pionu nie trzymały. Pocieszyłem się, że inni też mają ten problem i oczywiście natychmiast mój skrzydlaty przyjaciel boleśnie przypomniał mi, gdzie jest moja kartka i gdzie mam patrzeć.

Stalówka coś haczyła o papier,  na dodatek nie mogłem opanować równomiernego nacisku. W efekcie moje elki zamiast gładkiej, pięknej, prostej kreski były pofalowane, jakbym uparł się na ćwiczenie kaligrafii akurat wtedy, gdy obok odbywa się przyspieszony kurs obsługi młota pneumatycznego. Zaniepokojona Mistrzyni sprawdza moją stalówkę, zym – kreska gładka jak z laserowej drukarki. No przysięgam, naprawdę się haczyło. Anioł kula się po podłodze, rechocząc w głos. Śmiej się, śmiej… Muszę poszukać wielojęzycznego słownika brzydkich wyrazów. Popularne określenia dziewki wszetecznej po polsku i angielsku to zdecydowanie za mało przy „elkach”.

W końcu literka jednak wyszła zadowalająco. Dla mnie oczywiście. Sto pięćdziesiąta trzecia. Ostatnia.

Po tej traumie o było niczym brzoskwiniami deser z bitą śmietaną i lodami w czterech smakach, po miesiącu żywienia się chlebem z pasztetową z Biedronki. Tu dla odmiany nie mogłem opanować ilości tuszu, ale literki wychodzą w miarę zgodnie z wzorcem. W każdym razie na tyle, że tym razem Mistrzyni się dłużej przy mnie nie zatrzymywała. Więc może nie było tak źle.

Ten błogostan nie mógł trwać wiecznie i rozpoczęliśmy pisanie b.  Laseczka i brzuszek. Nawet mi się podobało, pomijając oczywiście trzymanie pionu i wciąż drgającą kreskę. Za to część osób miało ewidentny problem z brzuszkami. I tymi na papierze, i w ogóle. Brzuszek to jakieś magiczne słowo, słowo-hasło. Ma  w sobie tajemną moc genetycznego obciążenia tysięcy pokoleń kobiet. Co komuś „brzuszek zsunął się za nisko”, albo był płaski lub zbyt wypukły, natychmiast wszystkie panie reagowały chichotem. Po chwili wystarczyło samo słowo „brzuszek” by było śmiesznie. Kobiety to chyba jakaś zbiorowa świadomość, zacząłem się poważnie obawiać, że za chwilę usłyszę „Jesteśmy BORG. Zostaniesz zasymilowany”.

Po b przyszedł czas na a.  Zdecydowanie najładniejsza literka z dzisiejszego zestawu. Niemalże wzorcowy logotyp. Trzeba jednak na nią uważać.  To podstępna litera. Ręka aż sam się układa, by ją pisać. Za mały kąt kreski – i wyjdzie nam a rozklepane jak… Jak nie powiem co. Zbyt duży – wyjdzie niemal pionowe, „jak ze szkoły”. Też źle. Brzuszek (chichot na sali…) a nie opadający (chichichi…) na być dokładnie na środku i nie ma wyglądać jak dolepione c. Brzuszek (chichichi….) musi mieć piękne, równoległe pociągnięcia.

Na szczęście i oraz j nie ma brzuszków. Poszło w miarę bezboleśnie, może z wyjątkiem powtarzającego się przy każdym stole niczym echo  w górach „nie robimy jedynek, nie robimy jedynek”.

Ostatnią literką było u. Tu znowu do „brzuszków”, ku radości pań, dołączyły „kaczuszki”. Tu małe wyjaśnienie:  u jest dwuelementowe. Jeżeli nie zachowamy proporcji i źle pociągniemy piórem, wygląda to rzeczywiście jak dwie zakochane kaczki płynące po stawie. Serio.

Ech… Brzuszki i kaczuszki. Taka mała rzecz, a tyle radości. Kobiety są cudowne.

Koniec. Jestem zadowolony, bardzo przyjemny wieczór. Wybaczam wszystkie brzuszki, kaczuszki i nie wyłączone telefony komórkowe. Mistrzyni rozdała dodatkowe liniuszki do ćwiczeń i skończyliśmy zajęcia. Naturalnie wychodząc z domu z wrażenia nie zabrałem jakiejkolwiek teczki, ani nawet głupiej foliówki. Oczywiście zaczęło padać. No nic, tusz w kieszeń, karki pod kurtkę. Byle dotrzeć na przystanek. Szyję mam sztywną, nadgarstek zaczyna coraz bardziej boleć, na głowę kapie. Anioł idzie zadowolony obok i coś tam po swojemu anielsko wesoło pogwizduje. W końcu uśmiecha się i rozkłada ogromne skrzydła niczym parasol. Od razu lepiej.
Czasem irytujący, ale w sumie, swój chłop. Dzięki, stary!

 

kaligrafia-cwiczenia

 

Powyżej: moje pierwsze, żałosne próby pisarskie.
Ilustracja o góry strony: „Podręcznik do nauki kaligrafii dla użytku szkolnego i domowego”, Józef Czarnecki, Lwów, 1904

2 Responses to Z pamiętniczka skryby. Część 2 – brzuszki i kaczuszki.

  • Maciej, piekny tekst. Przypomniał mi czasy kiedy w Liceum Plastycznym ćwiczylismy kaligrafie. Pamiętam jak mnie później mięśnie dłoni bolały. Myśmy się tego uczyli jako rzemiosła, o komputerach nawet nie myśleliśmy a Letrasety (kalkomanie z liternictwem) kosztowały majątek. Nie wiem czy teraz by mi się chciało 🙂

    Pozdrawiam

  • uśmiałam się 🙂 potoczyście piszesz, dobrze się czyta
    pozdrawiam

Tagi