Projekt fotograficzny #Sakura

sakuraDosyć długo nie było nowego wpisu, ale doszedłem do wniosku, że od pisania o pisaniu moje kaligraficzne umiejętności bynajmniej nie wzrosną a dodatkowo trochę mi się ze zdrowiem pokomplikowało i jakoś nie było ani czasu, ani nastroju.

Następne części „Pamiętniczka skryby” powstają, po drodze zaliczyłem jeszcze dwa kursy w muzeum a w międzyczasie przyszła sobie wiosna. Nie było to może tak spektakularne przyjście, jakiego bym oczekiwał, no ale w końcu się pojawiła. Tu i tam poutykała w trawie stokrotki, wyciągnęła czosnkowy szczypior wysoko nad ziemię, zazieleniła liście poziomek i obudziła pająki. O wiośnie w moim małym Hobbitonie jeszcze napiszę, ale tym razem powodem wpisu jest zabawa, do której zaprosiła czytelników autorka najlepszego moim zdaniem blogu „okołoziołowego”  w Polsce – Ziołowego Zakątka. Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Cześć 4 – In principio erat Verbum

stalowka-piernikNa zakończenie kursu karoliny mieliśmy wykonać pracę w postaci pięknie wykaligrafowanych życzeń lub innego bożonarodzeniowego tekstu. Same zajęcia już tak nie stresowały, wiedziałem czego się spodziewać. Dla odmiany przerażała mnie troszkę perspektywa pisania „na czysto” na czerpanym papierze.

Znam ten materiał, papier czerpany jest przepiękny, wnosi niepowtarzalny klimat, powiew historii i czegoś wyjątkowego. Jadnak przy całym swym uroku, którego nie ma nawet najdroższy papier do kaligrafii, pisanie po nim przypomina jazdę na łyżwach po papierze ściernym.

Jak zwykle Mistrzyni sprawdziła nasze arkusze z domowymi ćwiczeniami, a ja jak zwykle byłem podłamany.  Piony dalej nie zawsze były pionowe, tusz płynął sobie jak chciał a brzegi wielu literek były poszarpane. Powinienem chyba zająć się czymś prostszym. Z paszczy kaligraficznej depresji wyrwała mnie dopiero Mistrzyni, pytając, czy widzę różnicę między tym, co było na początku a tym, co jest teraz. Odebrałem to oczywiście jako pochwałę i zrobiło  się bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Coś tam niewyraźnie odpowiedziałem, że nic takiego i w ogóle, robiąc zapewne jakąś głupią minę. Tak naprawdę, gdybym był czajnikiem, to właśnie bym gwizdał. Jestem królem świata! Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 3 – libacja u bilba

libacja-u-bilbaNa drugie zajęcia jechałem sam. Anioł coś wymijająco stwierdził, że sam sobie poradzę, wierzy we mnie i tak dalej. A w ogóle to idzie poćwiczyć do „Samsona”, bo coś go ostatnio za bardzo znosi przy silniejszym wietrze. Podejrzane. Coś kręci. Ale dobrze, pojadę bez niego.

Tym razem wziąłem odpowiednią teczkę, zapakowałem piórko (wybornie nadaje się do tego etui na szczoteczkę do zębów). W teczce – praca domowa. W sumie nic szczególnego – ot, wszystkie literki które przerobiliśmy.

Pisać, pisać, ćwiczyć, ćwiczyć…  Rzędy tych samych liter w końcu robią się nudne. Nie chciałem sam próbować innych – już parę razy zdawało mi się, że wiem, jak prowadzić stalówkę. Za to  całkiem ciekawe byłoby  pisanie całych słów, trudne o tyle, że literek do wykorzystania miałem niewiele. Zacząłem więc pisać głupoty w stylu tytułowej „libacji u bilba”  (z małej litery, bo dużego B jeszcze nie umiem). Za to pozwoliłem sobie na ułańską fantazję i przerobienie l na ł. Na resztę tej specyficznej twórczości literackiej miłościwie spuśćmy zasłonę milczenia, ale samą zabawę polecam. Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 2 – brzuszki i kaczuszki.

układ ręki podczas pisania

W końcu jestem w skryptorium!  Dyskretne światło woskowych świec, w powietrzu unosi się zapach starych ksiąg,  lekko skrzypią gęsie pióra. Od czasu do czas słychać szelest przekładanych kart czerpanego papieru a na pulpicie Mistrza leży prawdziwy, drogocenny pergamin. Bajka.

No dobra, tak naprawdę była to duża sala do edukacji plastycznej. Trzy wielkie, niezbyt stabilne, okrągłe stoły, każdy przykryty maksymalnie nieklimatyczną, ale za to prawdopodobnie odporną na wszelkie możliwe farby, kleje i tusze ceratą.

W sali była już Pani Olga, nasza Mistrzyni, terminatorzy powoli zajmowali miejsca. Rozłożyła swój przybornik z piórkami (właśnie dotarło do mnie, dlaczego piórnik to piórnik…). Myślę: aha, często używany, nasza nauczycielka to praktyk. Jest dobrze. Albo i niedobrze. Dostrzeże każdy błąd, przyłapie na każdym niedbalstwie, przeciw czemu protestować będzie moje męskie ego, a rozum podpowiadać, że powinienem wsadzić je sobie gdzieś bardzo, bardzo  głęboko. Tak mniej więcej po migdałki. Czytaj dalej

Adwentowe pierniczki

Co prawda pisałem, że to nie blog kulinarny, ale czasem pojawią się przepisy. Zaczyna się adwent, więc doskonała okazja, by upiec pierniczki na Boże Narodzenie. Oprócz tego, że są po prostu pyszne, będą doskonałą, tradycyjną ozdobą choinkową, obok własnoręcznie wykonanych łańcuchów i betlejemskiej gwiazdy. Jak to czasem mówią u mnie w pracy – choinka „w stylu vintage”. Czyli taka normalna, bez chorych udziwnień egzaltowanego projektanta wnętrz. Taka, jak powinna być.

Tak prawdą a Bogiem, to wszystko, co dziś jemy jako piernik (czyli ciemne ciasto na miodzie z  przyprawami korzennymi) trochę różni się od piernika znanego naszym przodkom. O tym, dlaczego piernik nazywamy piernikiem i inne ciekawostki – innym razem.

Przepis dostałem swego czasu od mamy mojego kolegi i wypróbowało go już mnóstwo osób. Jest to jeden z tych przepisów, które „zawsze wychodzą” i nie jest jakoś specjalnie drogi. To do dzieła!

pierniczki Czytaj dalej

Z pamiętniczka skryby. Część 1 – Jak dostałem w pysk.

piorkoLubię tak zwane „dawne czasy”. Co prawda dla moich młodszych kolegów oznacz to lata 80. a czasem nawet 90., ale mam na myśli dzieje zdecydowanie odleglejsze. Powiedzmy, że od budowy Biskupina po zdobycie Berlina. Jak dawne czasy, to i dawne obyczaje, sztuka, kuchnia, życie codziennie i oczywiście pismo.

Nic nie ma takiego klimatu, jak starodawne, fantazyjnie opisane mapy, przecudnie iluminowane* pergaminy czy królewskie dekrety, dodatkowo ozdobione przepięknymi woskowymi pieczęciami. Od razu mamy przed oczami zgarbionych mnichów z klasztornego skryptorium  z „Imienia róży”,  tajemnicze manuskrypty Templariuszy z Indiany Jonesa czy mapę, która zaprowadziła Bilba Bagginsa wraz z krasnoludami do Samotnej Góry.

Mając głowę nabitą takimi obrazami zapałałem miłością do szlachetnej sztuki kaligrafii. Zgromadziwszy  odpowiednie przybory i pomoce naukowe  zacząłem coś tam bazgrać. Cały mokry i blady, niczym młodzieniec po raz pierwszy oglądający nagą dziewczynę, rysowałem „tolkienowskie” literki i po jakimś czasie stwierdziłem, że jest bardzo przyjemne zajęcie. Ludziom podobały się te moje „baśniowe literki”, a ja puchłem z dumy, niczym dziecko chore na świnkę. No to skoro jestem TAAAAKI DOBRY to czemu nie sięgnąć wyżej?

No to sięgnąłem. Po ciut „mądrzejsze” opracowania, zacząłem czytać dyskusje na polskich i zagranicznych forach. Mój anioł stróż bezczelnie stanął za mną, poprawił aureolę i z drwiącym uśmiechem przyglądał się temu, co robię. Kątem oka dostrzegałem, że minę ma coraz bardziej znudzoną, więc już chciałem się odezwać, że chyba to nie dla mnie,  gdy znienacka chlasnął mnie prosto w pysk swoim anielskim skrzydłem. Popatrzył mi głęboko w oczy, sprawdził, czy jestem dostatecznie przytomny by coś do mnie dotarło i powiedział: „A gdybyś tak zamiast stękać „że się nie da”  w końcu ruszył dupsko i zabrał się do roboty? Tak na serio? Znaczy, PORZĄDNIE?”. Czytaj dalej

Ten pierwszy raz

Każdy kiedyś ma swój pierwszy raz. Przynajmniej statystycznie. Oczywiście bywają wyjątki, czy to przez wyjątkowego pecha, czy z wyboru, ale to inna historia.

Czas więc na pierwszy w życiu wpis na pierwszym w życiu blogu. I prawdopodobnie też ostatnim, bo w sumie po co więcej, tak na zdrowy rozum.

Skąd pomysł na blog? Częściowo – bo po prostu lubię dzielić się swoimi przemyśleniami, częściowo – z winy Facebooka. Lubię „fejsa”, jest dla mnie cennym źródłem informacji i kontaktów, ale podobnie, jak przychodzi czas, w którym człowiek dochodzi do wniosku, że lepiej gdy ktoś płaci nam niż my komuś, tak tu – lepiej, by Facebook służył nam a nie my Facebookowi. W najgorszym przypadku niech to będzie symbioza.

faceoffStwierdziłem, że szkoda wrzucać cokolwiek, czym chciałbym się podzielić w miejsce, gdzie po paru minutach zginie w potoku innych wiadomości, niczym ogryzek na sortowni śmieci. Wszystko, co wrzucałem do tej pory na fejsa a podobało ludziom (czyli przede wszystkim ogródkowe przygody w moim małym Hobbitonie i kulinarne eksperymenty) od tego momentu znajdzie swoje miejsce właśnie tutaj. Zwłaszcza, że wielu z moich znajomych  żaliło się, że nie ma ochoty rejestrować się na Facebooku tylko po to, by obejrzeć zdjęcia, czy przeczytać jakiś tekst. Czytaj dalej