Piękna miska jeść nie daje

Tak mawiały nasze prababcie, odradzają swym wchodzącym w dorosłe życie wnukom. Oczywiście miały na myśli panny, których, jakby to rzec… Powiedzmy, że jedynym atutem była uroda.

„Jak pies je to nie szczeka, bo mu miska ucieka”, „Pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł i jedzeniu ze wspólnej miski”, „Robić za miskę ryżu”. Miska. Ot, zwykłe naczynie. Znany od tysięcy lat. Gliniana, drewniana, metalowa, plastikowa. Banał. Nuda.

miska_finalnasm

Moja pierwsza, własnoręcznie
wykonana miska!

To teraz wyobraźcie sobie życie bez tego wszechstronnego naczynia. Szczególnie w kuchni. Trudno, prawda? To teraz wyobraźcie sobie, że jesteście osadnikami. Zmarznięta ziemia, trudno wydobyć glinę, może za jakiś czas. Metal – zbyt cenny, lepiej przeznaczyć go na narzędzia czy broń. Za to drzew macie pod dostatkiem!

Cóż prostszego, obcinamy kawałek pnia. Już jest okrągły, więc połowa roboty za nami, wystarczy wydłubać , z drugiej strony zaokrąglić i już. Prościzna. W każdym razie tak myślałem, dopóki nie zacząłem zgłębiać tematu.

Uwielbiam drewniane naczynia, w mieście może mało praktyczne, ale urocze. Gdy na obiad jest kasza i przez przypadek z szafy wypadnie moja miska z czasów Kompanii Najemnej, trzeba robić losowanie, kto dostanie w nie obiad. Kiedy więc kupiłem swoją mini tokarkę i zobaczyłem na obrazku, że można przy jej pomocy toczyć drewniane naczynia postanowiłem, że muszę spróbować to zrobić.

Póki co czekam jeszcze na drobiazgów do kolejnej obsadki, więc nadarzyła się dobra okazja, by zrobić co innego. Sprzęt zapakowany, nowy, półokrągły Narex czeka na wypróbowanie, więc jazda na działkę! Póki jeszcze mało działkowców, mogę trochę pohałasować. W przybudówce znalazłem gruby kawałek drewna, idealny na próbę z miską. Tu informacja, jakby ktoś chciał spróbować . Miski toczymy w poprzek włókien! Nie szukajcie więc plastra uciętego z pnia. To fajnie wygląda i niby prościej, ale tak coś prawdopodobnie szybko się rozpadnie niczym cebula pokrojona w krążki.

Znaleziony kawałek sądząc po kolorze i miękkości to prawdopodobnie lipa. Wiertarka która służy za napęd mojej tokarki ma raptem ok. 500W, więc takie tworzywo jest doskonałe. Niestety nie uwzględniłem, że drewno swoje przeleżało w kiepskich warunkach i w paru miejscach było oględnie mówiąc takie sobie. Jakiś nieznany robal wyłonił się z wnętrza deski, zdziwiony niespodziewaną i brutalną eksmisją. Machnąłem ręką – najwyżej nie wyjdzie.

Najpierw trzeba było przygotować drewno. Na dużych, silnych tokarkach można zamontować nawet spory pieniek. Przy odrobinie odwagi i słusznych rozmiarów dłuta spokojnie zrobimy z niego coś okrągłego. Ja musiałem najpierw przyciąć ile się da piłką (Ryoba rulez!).

miska-drewno

Niezastąpiona Ryoba pozwoliła na bezstresowe
docinanie materiału.

 

Chwilę trwało, bo deska miała z 6cm grubości. Zadowolony z siebie już zacząłem przymocowywać drewno do uchwytu tokarskiego, gdy dotarło do mnie, że moja przystawka nie jest zbyt wielka. Może warto byłoby sprawdzić czy się zmieści? Nie zmieściło się. Zymmm… Zymmm… Jeszcze za mało. Zymmm… Zymmm…Ufff… mieści się.

Teraz mocowanie. Uchwyt jest prymitywny, nie jak w wypasionych tokarkach na Youtube. Prosta tarcza, do której paroma śrubami przymocowuje się materiał. Mniej więcej wycentrowany, no to jazda. Przestawiłem uchwyty na tokarce i powolutku zacząłem toczyć.

Całość mocno rzucała, nie mogłem więc zbytnio rozpędzać maszyny, póki nie nabierze względnej symetrii. Milimetr za milimetrem ścinałem kolejne warstwy drewna, ale coś było nie tak. Wiertarka traciła moc, lekkie przyłożenie dłuta do drewna zatrzymywało toczony materiał.
Taaaak… Co mam powiedzieć. Tylko twardziele nie czytają instrukcji obsługi. Mówcie mi Bruce Willis. Po zapoznaniu się rysunkami producenta i zmontowanie tokarki tym razem we właściwy sposób już poszło łatwiej. Miska powoli stawała się okrąglejsza. W sumie to raczej miseczka, nie miska. Będzie jak znalazł na orzeszki czy rodzynki, akurat na wieczorny seans filmowy z żoną. Nawiasem mówiąc, miseczka była prezentem z okazji Dnia Kobiet.

Czas na przestawienie suportu – czyli tego czegoś, na czym opiera się dłuto podczas toczenia i wydrążenia środka. Przyznaję, że najbardziej bałem się właśnie tego etapu. Macek do mierzenia grubości ścianek nie miałem, musiałem więc polegać na swoich palcach i na oko (a właściwie na dotyk…) określać, ile materiału można zebrać. Na szczęście udało mi się nie przebić dłutem na wylot, ale ponoć palce zawsze miałem bardzo czułe i delikatne… Ehmmm… Ten, tego… Nie ważne. 🙂

Miska wytoczona, wypolerowana różnymi papierami ściernymi, stalową watą a na koniec innym kawałkiem drewna. Przy okaz stwierdziłem, że zrobię jej przypalane brzegi, będzie wyglądała ciekawie i trochę ją to postarzy. Nie będzie przynajmniej wyglądała jak ze sklepu z pamiątkami.

W domu dałem jej trochę odpocząć i zabejcowałem na kasztan. Wyszło troszkę nie tak jak chciałem, za ciemno jak na mój gust, ale trudno. Jedna warstwa mniej i byłoby według mnie lepiej.

Po podsuszenie (przez parę dni…) przesmarowałem ją olejem duńskim. Wypiła go szybciej, niż Anthony Burdain drinka, co jeszcze bardziej mnie utwierdziło w przekonaniu, że była to lipa. Potem znowu suszenie, szlifowanie, olej, suszenie, szlifowanie.

Jak wyglądała miska przed olejowaniem i po widać na zdjęciach poniżej. Od razu mówię, że zdjęcia trochę kłamią, zabejcowana była o wiele bardziej matowa i szorstka w dotyku.

miskiprzedpo

Miska zabejcowania (o góry) i pokryta olejem duńskim (dolne zdjęcie).

 

Ostatnim etapem było nawoskowanie drewna, co uodporniło je jeszcze bardziej na wilgoć i po wypolerowaniu nadało lekkiego, jedwabistego, połysku. Dodatkowo stało się bardzo, ale to bardzo przyjemne w dotyku. Wymiary miski – ok. 12 cm średnicy w najszerszym miejscu, wysokość 4 cm.

miska_w_dlonism

Akurat orzeszków ani innych bakalii nie było w domu. Do testów funkcjonalnych użyłem więc ulubionych ciastek.

 

Czy jestem zadowolony? W sumie tak, choć nie jest tak idealny jak mi się marzyło. Nie poradziłem sobie z porowatością drewna w jednym miejscu i nie wiem, czy to moja wina, czy miałem akurat zły kawałek drewna. W każdym razie praca skończona, pora na chwilę przyjemności – pochwałę żony i słodkie co nieco. Dzieciom też się podobało. W razie gdyby jeszcze ktoś chciał mnie chwalić, wielbić, oddawać cześć itd. przygotowałem wzór odpowiedniego na tę okazję ołtarzyka 🙂

miska_bostwo3

Tak, ten patyk na środku to ja. Tak ponoć wyglądałem w późnej podstawówce, a w każdym razie tak z rdzenia jakiejś gałęzi wyrzeźbił mnie mój śp. Tata.

 

Spytacie, czemu najpierw nie zrobiłem wersji „dłubanej”, skoro tak mnie interesują dawne technologie? Bo za bardzo nie mam czym (brak odpowiednich dłut), ale przede wszystkim – po prostu spróbować czegoś nowego. Tym bardziej, że już za chwilę wracam do produkcji kolejnej obsadki i kaligrafii.

miska_bostwo2sm

Efekt finalny.