Walijski – żywy język elfów

Podczas poznańskiego Pyrkonu w 2012 roku sfilmowałem prelekcję o języku walijskim „Walijski – żywy język elfów / Cymraeg – iaith fyw yr ellyllon”. Po niewielkiej obróbce zamieściłem na Youtube i od tej pory Arek „Eryr” Lechocki i Agnieszka „Ayame” Zajączkowska, z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu uczą i bawią „kolejne pokolenia” miłośników celtyckich klimatów oraz oczywiście fanów J.R.R. Tolkiena 😉
Nie mam pojęcia, dlaczego do tej pory nie wrzuciłem na bloga tego wideo. Chyba tradycyjnie odłożyłem „na później” i oczywiście zapomniałem. Najwyższy czas naprawić to karygodne zaniedbanie. Jeżeli więc chcesz się upewnić, czy możesz publicznie powiedzieć „Radek dyma super”, poprosić ekspedientkę w sklepie o bara-bara, co ma na myśli Walijczyk, gdy zwraca się do ciebie per „moron”, koniecznie musisz obejrzeć to wideo.

 

Coffret de Calligraphie

kuferek-kaligrafa1

Niedawno przeszukując Internet w poszukiwaniu jakiś ciekawych kałamarzy znalazłem na jednym z serwisów aukcyjnych zestaw do kaligrafii. Nawiasem mówiąc – opisany jako „kałamarz”. Zdjęcia były kiepskie, ja już dosyć dawno wyleczyłem się z kupna wszelkich „zestawów”. Sprzedawca nie bardzo potrafił coś na jego temat powiedzieć, oprócz tego, że był to nietrafiony prezent kupiony w Hiszpanii i nieużywany.


Nie mogłem w żaden sposób znaleźć informacji o tym pudełku. Ani na Ebay, ani na Amazonie, ani na francuskich czy włoskich aukcjach, ani w sklepach plastycznych. Na pewno nie był to antyk, raczej jakiś komplet dla początkujących z wyższej półki. Ale spodobało mi się samo pudełko i stwierdziłem, że zaryzykuję i mimo, że obiecywałem sobie, że „więcej nie kupię żadnych kaligraficznych gadżetów” – zalicytowałem.

Po paru dniach listonosz przyniósł paczkę. W środku było drewniane pudełko 30x19x6 cm z napisem Coffret de Calligraphie, zawierające pięć słoiczków z atramentami, 12 stalówek różnych typów, obsadkę oraz porcelanowe naczynie z czymś wyglądającym jak mała szczotka czy pędzel do golenia. Parę słów o poszczególnych elementach.

 

Czytaj dalej

Krótka rzecz o miłowaniu (historii języka polskiego…)

Wpis o budowie podświetlarki (podobnie jako o tabliczkach woskowych i innych rzeczach które obiecałem dawno temu) „się robi”, ale jakoś już tradycyjnie nie mogę go dokończyć. Za to dziś relacja na gorąco z krótkiego spotkania ze studentami z Koła Miłośników Historii Języka Polskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Przeglądając fejsbukowy śmietnik znalazłem takie oto zaproszenie na 25 listopada: „Jeśli chcesz zajrzeć w notatki średniowiecznego studenta i dowiedzieć się, czego i jak musiał się uczyć; jeśli chcesz przeczytać piosenki, które podśpiewywał od czasu do czasu; jeśli chcesz spróbować rozwiązać staropolską zagadkę i wziąć udział w losowaniu atrakcyjnych nagród – odwiedź nasze stoisko!”. Skoro ktoś tak zachęca, na obrazku widzę pióra i butelki z atramentem, a w dodatku droga powrotna do domu wiedzie tuż obok – grzechem byłoby nie skorzystać!

kolomhjp-prezentuje

Katarzyna Marcisz, Natalia Hemmerling, Aleksandra Napierała, Wojciech Stelmach na stoisku KMHJP
prezentują plansze z reprodukcjami staropolskich tekstów (podpisałem wg informacji jakie dostałem, jak kogoś pomyliłem to przepraszam!)

Czytaj dalej

Pomóż uruchomić kuźnię!

Dawno, dawno temu, gdy przeżywałem swoją przygodę z Wolną Kompanią marzył mi się własny warsztat. W sumie nawet nie miałem zbyt sprecyzowanych planów jaki. Tak mi się wszystko podobało, że chciałem robić wszystko, i rzeczy ze skóry, i czerpać papier, i „pisać jak w średniowieczu”, i bić monety i – nade wszystko – spróbować swych sił przy kowadle.

Życie pisze jednak swoje scenariusze i co prawda część tych pomysłów zrealizowałem (szczególnie tych nie wymagających za dużo miejsca…), ale niestety kuźnia pozostała poza zasięgiem. Pomijając finanse, dziś na takie zabawy nie pozwoli mi niestety zdrowie. Trochę szkoda, ale co tam. Skoro ja za bardzo nie mogę, to warto pomóc innym! Niedawno prezentowałem Wam film z inscenizacji Eddy Poetyckiej. Podobało się? Z tego co wiem, to bardzo. To teraz macie szansę na coś więcej, niż „lajk” na fejsie. Marcin Białecki z Aurea Tempora oraz wielu innych fascynatów wieków średnich chcą odtworzyć i uruchomić średniowieczną kuźnię w Rezerwacie Archeologicznym Gród w Grzybowie, małym grodzisku niedaleko Wrześni. Kuźnie udało się z sukcesem odtworzyć, pozostaje już „tylko” jej wyposażenie.

Jeżeli lubicie takie klimaty, chcielibyście w przyszłości spróbować zmierzyć się z młotem i kowadłem (a będzie taka możliwość!) a dzieciom pokazać żywą lekcję historii zamiast prezentacji na tablecie, odżałujcie parę złotych i wspomóżcie tę inicjatywę na „Polak potrafi”. Dla Was to tylko tyle, co wizyta w Macku albo grill z piwkiem, więc nie dajcie się prosić! Wam nie ubędzie, a pomożecie zachować dziedzictwo naszych ojców dla tych, którzy przyjdą po nas. Dobra, koniec nudzenia, oddaję głos grzybowskiej załodze. Poczytajcie, obejrzyjcie filmy, przejedźcie się do Grzybowa! A potem wesprzyjcie projekt! Wszystkie informacje znajdziesz na https://polakpotrafi.pl/projekt/wykuj-z-nami-kuznie

Mój blog nie ma wielu fanów, ale mam nadzieję, że choć troszkę pomogę. Jeżeli to możliwe, przekazujecie więc dalej!

grzybowo-kuznia

Rezerwat Archeologiczny Gród w Grzybowie – kuźnia.
Źródło zdjęcia: profil projekt „Wykuj z nami kuźnię” na polakpotrafi.pl

Robimy piwo imbirowe!

Żar  wylewa się z nieba niczym surówka z hutniczego pieca. Pić się chce. Jedni sięgają po colę, inni o piwo, jeszcze inni różnego rodzaju herbaty. A po co sięgnęliby hobbici podczas upalnego lata w Shire?

Różyczka i Sam

Różyczka z pewnością potrafi przygotować ginger beer!
The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring (2001),
reż. Peter Jackson

Pod „Zielonym Smokiem” z pewnością delektowaliby się wybornym piwem podanym przez śliczną Różyczkę Cotton. Może raczyliby się cydrem? Kto wie. Ale jestem niemal pewien, że w ciągu dnia dla orzeźwienia sięgnęliby niesamowity napój, jakim jest piwo imbirowe. Jestem niemal pewien, że to hobbicki wynalazek, bo jacy inni miłośnicy dobrego jadła i napitku by to wymyślili? No bo przecież nie elfowie, oni to raczej „Karmi” albo coś w tym stylu  😉

Jak wiadomo z hobbickich dokumentów niewiele przetrwało i w zawierusze wieków przepis zaginął. Jednakże jakieś wspomnienia musiały zostać, bo imbirowy napój został ponownie odkryty w Anglii w połowie XVIII wieku i stał się znany na całym świecie. Piją go wszyscy. Dorośli, dzieci, nawet kobiety w ciąży! Serio! Ogromne wary zdrowotne no i smakowe powodują, że polecam je z czystym sumieniem każdemu. No chyba, że ktoś nie cierpi imbiru. Czytaj dalej

Bułki w aptece

fistoffuryDo tego wpisu sprowokowały mnie artykuły na temat rękodzieła, które od jakiegoś czasu przewijają się przez blogi oraz Facebooka. Wszystkie można by streścić jako „przestańcie się poniżać i ceńcie swoją pracę”. Z tą poradą nie ma co polemizować, ale we wszystkich tych sieciowych wynurzeniach i narzekaniach na zepsuty rynek brak mi wciąż jednego. Pokory.

W ten nurt wpisuje się także „edukacyjny” tekst http://www.orimono.ga/zyciowki/nie-badz-tym-klientem-wyjmij-slome-z-buta/ i po jego lekturze postanowiłem dołożyć swoje trzy grosze. Trudno się nie zgodzić z większością tez przedstawionych w tamtym tekście, wyliczenia na temat godzin pracy, kosztów materiałów, nauki, zobowiązań wobec państwa są znane i raczej oczywiste. Uświadomienie tego zarówno sprzedającym jak i kupującym jest ważne. Wydaje mi się jednak, że zarówno autorka tego tekstu jak i inni piszący w podobnym tonie pomijają jeden drobiazg, dzieląc się doświadczeniami.

Zauważyłem, że mottem większości autorów jest „Najważniejsze by się cenić”. Rozumiem to i potwierdzam, trzeba się cenić, choć  stosowniejszym określeniem byłoby moim zdaniem „znać swoją wartość”. Chwilę później czytamy, jako to słoma wystaje z butów kupującym, że nie odróżniają szlachetnego rękodzieła od masówki z IKEA czy Home&You i że generalnie buraki to powinny zostać na polu a nie pchać się na salony. Czytaj dalej

Kto jest ów cham z chamów, co woła zza wody?

"Edda poetycka" w Muzeum archeologicznym w Poznaniu

„Edda poetycka” w Muzeum archeologicznym w Poznaniu
Thor vs. Odyn

Dawno nie było nowego wpisu więc korzystając z odrobiny wolnego pora nadrobić zaległości. W międzyczasie powstały nowe obsadki i o tym jeszcze napiszę, ale póki co – coś świeższego! Przy okazji jest to inauguracja działu wideo. Czasem zdarza mi się filmować różne „dziwne” wydarzenia dla potomności i szkoda by było, gdybym korzystał z tego tylko ja.

W ostatnią sobotę maja, zaciekawiony plakatem na Facebooku „Kto jest ów cham z chamów, co woła zza wody?”, odwiedziłem Muzeum Archeologiczne w Poznaniu. Pod intrygującym tytułem kryło się mini przedstawienie lub, jak to określili autorzy, Stowarzyszenie Edukacji i Odtwórstwa Historycznego „AUREA TEMPORA”, fabularyzowany odczyt „Eddy Poetyckiej”. Link do pełnej, niemal godzinnej wersji nagrania znajdziecie na końcu tekstu a tym czasem co nieco o samym przedstawieniu. Czytaj dalej

Piękna miska jeść nie daje

Tak mawiały nasze prababcie, odradzają swym wchodzącym w dorosłe życie wnukom. Oczywiście miały na myśli panny, których, jakby to rzec… Powiedzmy, że jedynym atutem była uroda.

„Jak pies je to nie szczeka, bo mu miska ucieka”, „Pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł i jedzeniu ze wspólnej miski”, „Robić za miskę ryżu”. Miska. Ot, zwykłe naczynie. Znany od tysięcy lat. Gliniana, drewniana, metalowa, plastikowa. Banał. Nuda.

miska_finalnasm

Moja pierwsza, własnoręcznie
wykonana miska!

To teraz wyobraźcie sobie życie bez tego wszechstronnego naczynia. Szczególnie w kuchni. Trudno, prawda? To teraz wyobraźcie sobie, że jesteście osadnikami. Zmarznięta ziemia, trudno wydobyć glinę, może za jakiś czas. Metal – zbyt cenny, lepiej przeznaczyć go na narzędzia czy broń. Za to drzew macie pod dostatkiem!

Cóż prostszego, obcinamy kawałek pnia. Już jest okrągły, więc połowa roboty za nami, wystarczy wydłubać , z drugiej strony zaokrąglić i już. Prościzna. W każdym razie tak myślałem, dopóki nie zacząłem zgłębiać tematu. Czytaj dalej

Elficka obsadka, czyli o lekceważeniu zasad i pożytkach płynących z porażki.

zlamana_obsadka

Jeden nieostrożny ruch i…

Za chwilę już wiosna! I chwała Bogu, bo zima jakoś nie może się w tym roku zdecydować co zrobić. Ani się nie rozpoczęła jak na zimę przystało, ani nie przymroziła uczciwie, odejść ostatecznie i zrobić miejsca wiośnie też nie ma zamiaru. Na pewno jeszcze złośliwie poczeka, aż wszystko rozkwitnie a potem przywali przymrozkiem, skutecznie pozbawiając nas krajowych. Taka wredzizna!

W lutową sobotę trafiła się jednak piękna pogoda, termometr pokazał całe 9 stopni na plusie, więc zapakowałem w torbę moją tokareczkę, bukowe wałki, japońską piłę Ryoba bez której obecnie nie wyobrażam sobie pracy i nowiutkie dłuta tokarskie. W tym momencie uwaga – prodakt plejsment (niesponsorowany)! Jeśli ktoś szuka dobrych narzędzi do drewna, to polecam z całego serca sklep dluta.pl z Mosiny. Tanio może nie jest, ale też nie ekstremalnie drogo a uwierzcie mi – warto, zarówno jeśli chodzi o komfort pracy jak i o bezpieczeństwo. Darujcie sobie większość narzędzi z marketów budowlanych, lepiej dobrze zaplanować wszystko i kupować po troszku, a dobrej klasy.

Wyciągnąłem wnioski z ostatnie tokarskiej porażki i po drobnej modyfikacji zabieraka zabrałem się do pracy. Kartka z rysunkiem obsadki gotowa, cale pracowicie przeliczone na centymetry, słonko grzeje niebo się śmieje. Niczym młody Artur wyciągający Ekskalibura z kamienia , wyciągnąłem nowiutkiego Narexa i zaatakowałem kręcący się kawałek buku. Czytaj dalej

Dar akacji

Akacjowy konar

Dar akacji. Mam nadzieję, że nie przyniosę
jej wstydu.

Dziś wybrałem się z córką na działkę. Ot, taki wiosenny… A nie, przecież jest luty! No dobra – na zimowy, niedzielny spacer. Zawsze się boję tych zimowych wizyt na działce, bo zwykle zastaję np. wyrwane okno, wyłamane drzwi i inne niespodzianki zostawione przez niechcianych gości.

Przy okazji miałem nadzieję znaleźć po drodze jakieś ciekawe kawałki drewna na obsadki do stalówek, za produkcję którym mam zamiar się zabrać jak tylko będzie ciepło. Ostatnio znalazłem piękny kawałek jesionu, mam też brzozę i lipę, przydałoby się jednak coś jeszcze.

Przy ścieżce prowadzącej na mój ogródek rosną w zasadzie same jesiony. Przed laty rosły też dwie akacje (a dokładniej – robinie akacjowe), jedna potężna, pamiętająca pewnie jeszcze czasy II wojny światowej, i druga, mniejsza, z której kwiatów jako dziecko wypijałem słodki sok. Niestety większa zakończyła swój drzewiasty żywot podczas poszerzania ulicy, podobnie jak wszystkie drzewa w tym samym rzędzie. Te które, które ocalały są systematycznie przycinane i czasem zdarza się, że gałęzie nie są uprzątnięte, na co oczywiście liczyłem. Czytaj dalej