Na drugie zajęcia jechałem sam. Anioł coś wymijająco stwierdził, że sam sobie poradzę, wierzy we mnie i tak dalej. A w ogóle to idzie poćwiczyć do „Samsona”, bo coś go ostatnio za bardzo znosi przy silniejszym wietrze. Podejrzane. Coś kręci. Ale dobrze, pojadę bez niego.
Tym razem wziąłem odpowiednią teczkę, zapakowałem piórko (wybornie nadaje się do tego etui na szczoteczkę do zębów). W teczce – praca domowa. W sumie nic szczególnego – ot, wszystkie literki które przerobiliśmy.
Pisać, pisać, ćwiczyć, ćwiczyć… Rzędy tych samych liter w końcu robią się nudne. Nie chciałem sam próbować innych – już parę razy zdawało mi się, że wiem, jak prowadzić stalówkę. Za to całkiem ciekawe byłoby pisanie całych słów, trudne o tyle, że literek do wykorzystania miałem niewiele. Zacząłem więc pisać głupoty w stylu tytułowej „libacji u bilba” (z małej litery, bo dużego B jeszcze nie umiem). Za to pozwoliłem sobie na ułańską fantazję i przerobienie l na ł. Na resztę tej specyficznej twórczości literackiej miłościwie spuśćmy zasłonę milczenia, ale samą zabawę polecam. Kontynuuj czytanie



